Od dawna zbieram się, by napisać kilka słów na temat pracy w CarNecie. W końcu, z perspektywy dłuższego już czasu, patrząc zupełnie z boku i czytając co tu się wypisuje, jestem w stanie ze spokojem i na chłodno ocenić moją karierę w firmie. Pracowałem jako koordynator w średniej wielkości oddziale, dość daleko od centrali. Gdy przychodziłem do pracy oddział (wtedy jeszcze względnie świeży) był w lekkiej rozsypce, ale wspólnie z ówczesnymi pracownikami (których z miejsca serdecznie pozdrawiam mimo, iż karierę w CarNecie zakończyli niedługo po mnie) doprowadziliśmy do stanu, w którym radziliśmy sobie bardzo dobrze, centrala była zadowolona a wyniki podskoczyły prawie 3x. Wszystko dlatego, iż pracowaliśmy wspólnie, niemalże w rodzinnej atmosferze, wiedząc, że możemy na sobie polegać i z reguły nikt nikomu nie odmawiał pomocy. A bywało różnie - praca po kilkanaście godzin dziennie, również w weekendy. Jako koordynator jeździłem najmniej, ale jak czytam Wasze wpisy, że Wasi przełożeni "pierdzieli w stołki" to mogę tylko powiedzieć, że bardzo mi przykro. U nas tak nie było. Za mojej kadencji wszystkie dyżury płacone były tzw. "od zdarzenia", oraz ryczałt do godziny 15:00 w weekendy. Rzadko kiedy pracownicy odmawiali wyjazdów do klienta, nawet na drugi koniec województwa czy jeszcze dalej, wiedzieli, że będą mieli za to zapłacone, a powrót zazwyczaj wchodził w grę ze względu na wyjazd na dwa samochody. Kto pracował na opisywanym przeze mnie oddziale wie jak trudno jest tu z dojazdem innym niż autem - zwłaszcza, że miasto jak i same województwo jest dość duże, ale bardzo słabo skomunikowane. Współpraca z przełożonymi z centrali przebiegała bardzo dobrze, gorzej z infolinią, która zamiast pomagać - dokładała problemów, przez co wiele "spraw" takich jak przedłużenia, kontakt z klientem, serwisami, ubezpieczalniami załatwialiśmy sami - dla swojej pewności. Bardzo ułatwiało to pracę, choć było niesamowicie irytujące. Niestety bardziej ufaliśmy sobie. Dział floty - nie było lekko, szczególnie, gdy po kilkunastu miesiącach przypominało im się, że jakieś auto miało szkodę, której oczywiście nie naprawili, a trafiało np. do sprzedaży. Atmosferę współpracy i współdziałania na każdym szczeblu wewnątrz oddziału próbowano skutecznie zniwelować wprowadzając często tu wspomnianego koordynatora regionalnego z Wielkopolski. Mnie niestety współpraca ta ominęła, gdyż krótko po przydzieleniu go do naszego oddziału zmieniłem pracę. Centrala zaczęła naciskać na cięcie kosztów - wyjazdy pociągami, autobusami, gdzie klienci czekali, powrotów nie było, ale można było zaoszczędzić na paliwie (którego koszt był zazwyczaj podobny do biletów na komunikację - oszczędność czasu i brak stresu pracownika jak, kiedy i czym wróci do domu nie chodziły z tym niestety w parze). Wiadomo, że zdarzały się potknięcia, nieporozumienia, nieoczekiwane problemy. Zawsze dawaliśmy radę. Traktowaliśmy siebie nawzajem jak i naszych klientów z należnym szacunkiem i profesjonalizmem. Nigdy nie oszukiwaliśmy np. na paliwie, zrzucając winę na klienta. Trudno mi w to uwierzyć, że takie akcje działy się w innych oddziałach. Ale my zawsze byliśmy w czołówce w niechlubnym "rankingu spalania" ;) Szkoda, że szukając oszczędności firma straciła naprawdę oddanych pracowników, których - do czasu - mimo wszystko dobrze opłacała, fakt, że działo się to kosztem ich wolnego czasu i życia prywatnego, ale wiedzieli za co dostają pieniądze. Dodam tylko, iż krótko po mnie cały zespół odszedł z oddziału. Szkoda, bo dobrze nam szło. Chciałbym tylko dodać, iż chytry traci dwa razy, a w tym przypadku nawet więcej. Nie wiem jak wygląda tam teraz, ale analizując wszystkie wpisy, raczej nie za wesoło. Szkoda, że centrala nie chciała wprowadzić wielu pomysłów wychodzących z oddziałów i zamykała się na głosy swoich pracowników. Ogólnie pracę w CarNet oceniam pozytywnie, ale jak pisałem - miałem naprawdę dobrych współpracowników, z którymi pracowaliśmy razem, dla wspólnej sprawy.