Pracowałem w Solarisie prawie cztery lata, na stanowisku inżynierskim w BT. Pod względem kompetencji inżynierskich można powiedzieć, że była to praca marzeń. Mimo faktu, że przychodząc do tej firmy, już posiadałem dość pokaźną wiedzę na temat budowy pojazdów, każdego dnia uczyłem się czegoś nowego - pracowałem w specyficznym dziale, który miał na swojej głowie wszystkie możliwe układy (napędowy, hamulcowy, elektryczny, klimatyzację z ogrzewaniem, zawieszenie, szkielet i masę innych drobniejszych, mniej skomplikowanych elementów). Pod tym względem było super. Wspaniała była też pokaźnych rozmiarów grupa ludzi z którymi współpracowałem - poza paroma wyjątkami (czarne owce), nigdy nie wyczuwałem rywalizacji, prób udowadniania czegoś drugiej osobie itd. Właśnie ze względu na możliwość rozwoju i ludzi z którymi pracowałem, z chęcią wstawałem rano, by pójść do pracy.
Gorzej to jednak wyglądało na koniec miesiąca, szczególnie w okresie tzw. "kryzysu" (na którym notabene rodzina Olszewskich przeskoczyła w górę o kilkanaście miejsc). Do dziś pamiętam te bzdury, wypowiadane przez panią Solange na spotkaniach z pracownikami, że "walczymy o to, by utrzymać wasze miejsca pracy, byśmy w tym głębokim kryzysie nie musieli nikogo zwalniać, ponieważ mamy świadomość, że macie rodziny i chcemy być odpowiedzialni również za nie" itd. Bla bla bla. Cały czas pragnę żyć nadzieją, że te słowa były wypowiadane z powodu braku świadomości odnośnie tego, jak sytuacja w firmie wygląda w rzeczywistości - każdy z szeregowych pracowników podejrzewał, że Zarząd pociska kity właścicielom. Wiedzieliśmy natomiast, że od kierownika w górę dzieje się to z całą pewnością - nieustanne malowanie trawy na zielono. Wracając do kryzysu - jego skutkiem z pewnością był m.in. fakt, że np. do Belgradu sprzedano (o ile dobrze pamiętam) około sto pięćdziesiąt przegubowych, zupełnie gołych autobusów, za cenę porównywalną lub nawet wyższą od tej, którą zapłaciła Warszawa za pojazdy z pełnym wyposażeniem. Nieźle, co? Jednym z objawów kryzysu była natomiast wymiana floty samochodów dla dyrektorów z Seatów na BMW. O wyjściu z kryzysu nie mogło być również mowy bez rozpoczęcia budowy nowej hali produkcyjnej (co akurat przyznaję, z punktu widzenia ekonomii jest kwestią, którą można poddać dyskusji). Istotnie, firma jest pogrążona w permanentnym kryzysie. Może nie tyle firma, co jej pracownicy.
Za pozostanie w pracy do 59 lub 89 minut (dokładnie nie pamiętam) nic się nie należało. Wychodząc przez przypadek o minutę za wcześnie, trzeba było odpracować pół godziny. Tak jakby nie można było z automatu zaliczyć dodatkowych minut na poczet tych brakujących (tak dzieje się w mojej obecnej firmie - nikt o nic nie pyta, niczego nie trzeba wyjaśniać). Nie można było, bo przecież x pracowników razy x minut to x nadgodzin za które firma nie musiała zapłacić (przynajmniej w swoim mniemaniu). Jednocześnie niektórzy pracownicy spotykali się z pretensjami przełożonych, jeśli wyszło się do domu nie kończąc jakiegoś nie wiadomo jak pilnego tematu (który potem i tak ciągnął się jeszcze przez miesiąc), oczywiście kosztem prywatnego czasu.
Firma przewidywała premię świąteczną w wysokości połowy średniego wynagrodzenia z ostatnich sześciu miesięcy (oczywiście licząc bez nadgodzin i premii uznaniowej), o ile dana osoba nie była na zwolnieniu lekarskim więcej niż kilka dni w roku (chyba siedem). Skutek był taki, że jeśli komuś zdarzyło się mieć grypę, wykorzystywał zwolnienie lekarskie, by następnie zużywać urlop wypoczynkowy. Bywali też ludzie przychodzący do pracy z kaszlem i katarem - bo przecież szkoda premii świątecznej. Widywało się również ludzi z rękoma, a nawet nogami w gipsie, siedzących przy komputerach. Ciekawe co na to BHP lub PIP.
Jeśli chodzi o premię uznaniową - wzór służący jej obliczeniu był tak skomplikowany, zawierał tak wiele zmiennych i współczynników, że oprócz kadr chyba nikt nie był w stanie samodzielnie obliczyć należnej sobie premii. Mało tego - zależała ona od tego, jaki procent zaplanowanych autobusów został ukończony w danym okresie - nikogo nie interesowało to, że przez błąd logistyki bądź zwykłą "siłę wyższą" czasem brakowało części itd. Tym sposobem stosowano odpowiedzialność zbiorową - można było stanąć na głowie a premia i tak mogła być niska. W pewnym momencie ktoś uprawiający twórczą księgowość doszedł do wniosku, że obliczając premie według przyjętego wzoru, przeciętnie i tak osiąga ona jednak wartość około dwudziestu procent. Zmieniono zatem wzór i już premia była o około połowę mniejsza. Znów x pracowników razy x złotych równa się x milionów.
Interesujący był również temat delegacji zagranicznych - kiedy pracowałem w Solarisie, dieta krajowa wynosiła chyba 23 PLN za dobę. Firmy prywatne muszą zapłacić to właśnie minimum, natomiast np. 50 euro za wyjazd do Niemiec, dotyczy tylko pracowników sfery budżetowej. To fakt. Porządne firmy płacą jedn