cd.:
Porządne firmy płacą jednak dietę właśnie w takiej wysokości, bo nie bawią się w łupienie pracowników na każdym kroku. W Solarisie przeciwnie - mechanicy jeżdżący w delegacje do różnych krajów, dostawali dietę w kwocie 20 euro. Argument był taki, że nie mogli zarabiać na wyjazdach, bo to było niesprawiedliwe wobec pozostałych pracowników. Ta kwota w Norwegii wystarczała, żeby kupić połowę kurczaka z grilla w supermarkecie, bułkę i piwo. Normalnie fajerwerki. Sprawiedliwość jak nie wiem.
Teraz kilka słów o wynagrodzeniu - przychodząc do Solarisa na początek zarabiałem około 3500 PLN netto (oczywiście z około czterdziestoma nadgodzinami - skoro jednak chciałem, mogłem w miarę akceptowalnie zarobić). Po łącznych podwyżkach w całkowitej kwocie około 1000 PLN brutto w okresie czterech lat, na koniec bez nadgodzin (których wówczas nie wolno nam było wypracowywać) i z dużo niższą premią, zarabiałem około 3200 PLN netto. Łatwo policzyć, że odejmując od tej kwoty koszt dojazdu do pracy, utrzymania samochodu i podstawowego wyżywienia (wliczając w to środki czystości) na jakimś w miarę przyzwoitym poziomie, zostałoby mi około dwa tysiące złotych. Istniałby zatem cień szansy na to, żeby samodzielnie utrzymać się w Poznaniu, spłacając kredyt hipoteczny na niewielkich rozmiarów mieszkanie i pozbawiając się możliwości zapewnienia sobie niemal jakichkolwiek rozrywek. To wszystko samemu. Pytanie - jak z takiej pensji mógłbym samodzielnie utrzymać rodzinę, gdyby np. moja partnerka nie mogła kontynuować pracy, z uwagi na konieczność zajmowania się dzieckiem? Nie byłoby mnie nawet stać na wykupienie karty MultiSport, która w Solarisie kosztowała około 150 PLN (śmiech na sali). Właśnie dlatego musiałem stamtąd uciec, z dużym smutkiem zostawiając masę bardzo wartościowych i pozytywnych ludzi.
Wciąż pracując w Polsce, wreszcie zarabiam jak biały człowiek, mam znacznie większą swobodę działania w ramach realizowanych zadań, nie żyję w napięciu spowodowanym poczuciem braku stabilizacji. Wychodząc z pracy nie obawiam się, że zostanę przeszukany przez chamską ochronę, a ta w kieszeni mojej kurtki znajdzie podkładkę, śrubę lub klucz, który zapomniałem wyjąć z kieszeni po próbnym montażu jakiegoś podzespołu i z tego powodu pożegnam się z pracą w trybie dyscyplinarnym. Podróżując służbowo (nawet tylko do sąsiednich Niemiec), korzystam z samolotów renomowanych linii lotniczych, zamiast prowadzonego osobiście VW Caddy. Karta MultiSport kosztuje mnie 25 PLN. Do tego również mam dofinansowane posiłki na stołówce (70% dofinansowania), które nie są głównie parówką z surówką i bułką, bigosem lub zupą meksykańską (po której różne bywało). W pracy piję kawę, którą pracodawca kupuje dla pracowników – w Solarisie była ona przeznaczona tylko dla gości, co zostało wyraźnie powiedziane podczas jednego ze spotkań Zarządu z pracownikami. Kupiłem mieszkanie (na kredyt, którego wysokości nawet nie odczuwam), za gotówkę kupiłem murowany garaż, zmieniłem samochód. Oczekuję narodzin mojego dziecka. Wszystko w mniej niż dwa lata od odejścia z Solarisa. Nie piszę tego, żeby się chwalić, a jedynie po to, żeby pokazać, że wraz z odejściem z tej chorej firmy, moje życie zaczęło rozkwitać. Mam perspektywy na to, żeby normalnie żyć, dlatego obiecałem sobie, że już nigdy nie zatrudnię się w rdzennie polskiej firmie, z rdzennie polskim kapitałem i filozofią zarządzania.
Pozdrawiam wszystkich tych, którzy zostali w Solarisie (z wyłączeniem kierowników oraz ludzi nad nimi) oraz tych, którym też już wyskoczył bezpiecznik i znaleźli bardziej atrakcyjne opcje. Jesteście wspaniałymi ludźmi za którymi tęsknię i których bardzo miło wspominam. Życzę Wam samych sukcesów!
Potencjalnych kandydatów namawiam, żeby nie marnowali swojego czasu na tą firmę, chyba, że są świeżo upieczonymi absolwentami, chcącymi zdobyć doświadczenie w dość rozpoznawalnej firmie, kładące spory nacisk na budowę odpowiedniego pijaru, przysłaniającego syf i smród, kotłujący się w jej strukturach.