To w jaki sposób zostałam potraktowana przechodzi ludzkie pojęcie i przestrzegam przed tym miejscem.
Na początku wszystko fajnie i przyjemnie, rozmowa rekrutacyjna przebiegła w przyjemny sposób i szybko dostałam odpowiedź. Przyszłam podpisać umowę, nie było na niej żadnych kruczków, a sama praca została mi dobrze wytłumaczona.
A potem zaczęły się schody. Na początku nauczono mnie korzystać z kasy oraz miałam szansę porozmawiać na wejściu z klientami, warto zaznaczyć, że zagadanie do klientów i ich obsługa nie była dla mnie żadnym problemem, bo mam już duże doświadczenie.
W drugim tygodniu dostałam biegunki, z samego rana napisałam do kierowniczki, że nie wiem czy dam radę przyjść, dałam znać dlaczego i jak się czuję. Kazano mi znaleźć zastępstwo. Poszukałam, jedna z pracownic zgodziła się za mnie przyjść na 2,5 godziny. Ja musiałabym przyjść do czasu, aż ona mnie nie zmieni. Wzięłam leki i starałam się wydobrzeć. W tym czasie usłyszałam od kierowniczki, że 2,5 godziny nie wchodzi w grę, bo u nich minimum czasu pracy to 4 godziny. Zostałam zmuszona do przyjścia, ale będąc na lekach jakoś dałam radę.
Prawdziwy dramat zaczął się następnego dnia. We wcześniejszych rozmowach były pytania o badania sanitarne, które posiadam. Usłyszałam od kierowniczki, że nie chodziło o samą „książeczkę”, ale o badania lekarskie do pracy z produktami spożywczymi (na podstawie badań sanitarnych), zgodziłam się, że je załatwię, jednak po wyjściu z pracy, kiedy zaczęłam głębiej o tym myśleć zrozumiałam, że mam zrobić prywatnie, za własne pieniądze badania u lekarza medycyny pracy. Nie dostałam żadnego dokumentu co lekarz ma zbadać, nie zostałam wysłana przez firmę. Zaczęłam wymieniać informacje że znajomymi i rodziną, i razem zgodziliśmy się, że badania u lekarza medycyny pracy zleca pracodawca oraz za nie płaci, dodatkowo zawsze zleca się je osobom zatrudnionym na umowę o pracę (pracowałam na umowę zlecenie).
Napisałam o swoich wątpliwościach kierowniczce, przy czym dostałam odpowiedź, że konsultowała się z kierownikiem regionalnym i, że oni mają rację i, że badania robię sama za własne pieniądze. Nie jest to duża kwota, ale wydawało mi się to nieczystym zagraniem. Zadzwoniłam do przychodni dopytać o szczegóły i osoba po drugiej stronie była zdziwiona, że sama mam za to płacić i, że pracodawca na mnie to wymusza, pod groźbą zwolnienia z pracy. Napisałam kierowniczce, że ona i przełożony nie mają racji, ale przymknę na to oko, bo zależy mi na pracy. Pani w przychodni z racji, iż nagle miałam niby tylko 2 dni na załatwienie badań ( powinnam mieć dwa tygodnie, ale kierowniczka nie raczyła mnie od razu przy podpisaniu umowy o tym poinformować) obiecała, że wciśnie mnie na następny dzień w godzinach mojej pracy. Przekazałam kierowniczce, że następnego dnia w trakcie pracy mam badanie. Nie dostałam już odpowiedzi pisemnej. Jakiś czas później zadzwoniła do mnie żeby mnie zwolnić, rzekomo znieważyłam ją i kierownika regionalnego podważając ich słowa, widocznie kogoś zabolało ego. Poza tym podobno wszystkie inne pracownice stwierdziły, że do nich nie pasuję i, że żadna z nich nie chce ze mna brać zmian więc muszę zostać zwolniona. W pracy byłam parę dni, z każdą z dziewczyn normalnie rozmawiałam.
Żenujące zachowanie kierowniczki oraz osoby nad nią oraz jeśli to prawda to również współpracownic, które nie potrafiły mi powiedzieć, że coś jest nie tak.
Co więcej jeśli chodzi o pracę sklepu. Produkty oznaczone są jako bez laktozy, glutenu, wegetariańskie, wegańskie, hallal. Mają rozpiskę, w której opisane są dane diety - oczywiście z błędem. Wegetarianie nie jedzą ryb ani owoców morza, taka wielka firma, a tego nie wiedzą? Dodatkowo znajomej wegetariance, jakiś czas wcześniej, sprzedano żelki z żelatyną jako wege.
Poza tym jeśli jakiś dzieciak z wycieczki nawkładała sobie żelków, a potem nie ma jak za nie zapłacić to wszystkie słodycze rozkładane są znowu na swoje miejsce, więc osobom z poważnymi alergiami nie zalecam nic tam kupować.
BHP? Nie istnieje, do kasy musiałam się nachylać więc skasowanie paru klientów zawsze kończyło się bólem pleców, to samo z szafkami, w których pochowane są słodycze, koszyk do przynoszenia produktów z magazynu na sklep to w większości kawałki plastiku posklejane taśmą, byle nie kupić nowego. Nie wspominając o niewystarczająco długim kiju do mopa, od którego również mnie wszystko bolało. Na zapleczu nie ma nawet miejsca żeby spokojnie usiąść i zjeść, niby w każdym punkcie powinny być szafki dla pracowników, tutaj była jedna zawalona pierdolami, a własną torbę musiałam kłaść na ziemi, bo nie było na nią miejsca. Jedyne co na plus to naprawdę dbano o czystość.