Z akt sprawy wynika, że policjanci mieli problemy z ustaleniem, kto mógł być sprawcą. Spodziewali się, że to jakiś pijany mężczyzna. Sławek? Policjanci wiedzieli, że miał firmę transportową. Ale ta wersja wydała im się mało prawdopodobna. Bo Sławek był wzorowym mężem, ojcem i pracodawcą.
Do jego domu przyjechali dopiero 25 grudnia wieczorem. Od wypadku minęły 34 godziny. Na podwórku policjanci zabezpieczyli samochód ciężarowy z uszkodzeniami, które pasowały do wypadków z Wigilii.
Sławek nie stawiał oporu. Badania nie wykazały alkoholu w jego organizmie, ale – jak podkreślali funkcjonariusze – mógł do tego czasu wytrzeźwieć.
Na komendzie powiedział policjantom, że przyznaje się do winy, ale nie pamięta, jak pokonał drogę spod Rawy do domu. Następnego dnia przed prokuratorem twierdził, że zanik pamięci może być związany z "problemami rodzinnymi i finansowymi".
W czasie procesu odzyskał pamięć.
Przyznaję się do zarzutu spowodowania wypadku, w którym zginął Adam L. i jego żona. Przyczepa kierowanego przeze mnie zestawu samochodowego mogła na zakręcie przekroczyć oś jezdni i uderzyć wymijanego motocyklistę. Nie byłem świadomy, że doszło do wypadku. Usłyszałem huk, ale kiedy spojrzałem przez lusterko zewnętrzne, niczego niepokojącego nie zauważyłem. Przekonany byłem, że hałas pochodzi od przesuwających się na przyczepie drewnianych palet – oświadczył w sądzie.
I dalej: Nie przyznaję się do spowodowania zderzenia z fiatem 126p i w konsekwencji spowodowania śmierci trzech jadących w nim osób. Pojazd ten jechał wolno prawą stroną jezdni. Zjechałem na lewy pas ruchu z zamiarem wyprzedzenia go. Kiedy byłem na lewym pasie, kierowca fiata zasygnalizował skręt w lewo i gwałtownie zajechał mi drogę. Doprowadził w ten sposób do wypadku.
Sędzia Piotr Sujka uznał, że wersja przedstawiona przez Sławka jest niewiarygodna, razi niekonsekwencją i jest wewnętrznie sprzeczna.
W uzasadnieniu wyroku czytamy, że wina oskarżonego jest "bezsporna", a sędziowie nie dopatrzyli się żadnych okoliczności łagodzących:
Wprawdzie oskarżony ma dobrą opinię, (…) ale to jest to sytuacja typowa, normalna. Przeważająca większość sprawców przestępstw charakteryzuje się powyższymi przymiotami – podkreślał sędzia Sujka.
Dodawał przy tym, że Sławek nie tylko nie zatrzymał się na miejscu któregokolwiek z wypadków i zbiegł z ich miejsca, ale nawet na moment nie zmniejszył prędkości w kierowanym przez siebie samochodzie.
A niżej:
Oskarżony ugodził w najważniejsze dobra każdego człowieka, jakimi są niewątpliwie życie i zdrowie (…) Stopień winy oskarżonego jest bardzo wysoki i wyłączny. Żaden inny uczestnik nawet w najmniejszym stopniu nie przyczynił się do zaistnienia wypadków. Oskarżony naruszył podstawowe, elementarne wręcz zasady bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Przy czym stopień ich naruszenia jest rażąco wysoki i wskazuje na wyjątkowe, rzadko spotykane lekceważenie tychże zasad – czytamy w sądowych aktach.
Sławek został skazany na 12 lat więzienia. Sąd drugiej instancji podtrzymał ten wyrok.
Tabu
O Sławku, przy okazji, wspomnieli strażnicy więzienni. – Niech pan opowie o tym facecie. Fajny, inteligentny człowiek. Kto z nas nie robi błędów? Ale on zapłacił gigantyczną cenę – mówił funkcjonariusz służby więziennej, który przez lata służył w jednostce, w której Sławek odsiadywał wyrok. W miejscowości, w której mieszka, jeden z mieszkańców pamiętał o "wypadku sprzed lat". Że zginęło pięć osób, a sprawcą okazał się być "porządny człowiek", który odjechał z miejsca wypadku. Szczegółów nie znał.
Drzwi otworzył Mateusz, 26-letni, najmłodszy syn Sławka. Dobrze pamięta, jak odwiedzał ojca w więzieniu.
– Nawet nie wiedziałem, że siedzi. Mama mówiła, że tata jest chory i jest w takim specjalnym szpitalu. Starsi bracia dobrze wiedzieli, co to za szpital z kratami w oknach – opowiada.
Dopiero po latach dowiedział się, że ojciec odbywa karę 12 lat więzienia za spowodowanie wypadków, w których w sumie zginęło pięć osób. O tym, co dokładnie wydarzyło się w Wigilię 1991 r., nigdy nie rozmawiał z ojcem. To w rodzinie temat tabu.
Sławek często chorował i co jakiś czas musiał trafiać na oddział ortopedyczny. Kiedy się leczył, nie odbywał kary. Dlatego wolność odzyskał dokładnie 21 lat po wypadku.
Sławek: – Od czasów procesu nie widziałem na oczy rodzin tych, którzy zginęli. Nawet nie próbowałem ich szukać. Bo co miałbym powiedzieć? Że jest mi przykro? Albo że ich przepraszam? A co im po takich przeprosinach? Pomoże to im w czymś? Będę tylko koszmarem, który wraca po latach. A ja przecież nigdy nie chciałem być niczyim koszmarem.