Szanowni przedmówcy, opowiem Wam moją historię, która zapewne długo na tej stronie nie zawita.To było od nich drugie zlecenie.Pierwsze było do zaakceptowania. Dostałam propozycję pracy do : Miłej staruszki z cukrzycą i jakże sympatycznego pana. Pani miała być częściowo mobilna, mająca swoje (czasem) humory, miała pomagać przy częściowym transferze , a pan miał być po prostu starszy bez chorób. Firma załatwiła transport na sobotę, ale jak się okazało ta "sobota" to była 2:20 w nocy, o czym zostałam poinformowana przez firmę przewozową koło godziny 16:30 w piątek. Kiedy przyjechałam na miejsce koło godziny 12:00 , okazało się,że pani jest leżąco-siedząca, trzeba jej podawać zastrzyki(!) czego niemieckie ustawodawstwo nie przewiduje w wypadku osób bez kwalifikacji, tudzież nostryfikacji dyplomu w Niemczech. Była to j.w. wspomniałam sobota, więc w związku z tym iż firma nie posiada numeru alarmowego, musiałam zaczekać do poniedziałku. W międzyczasie podopieczna zdążyła mnie kilkakrotnie uderzyć, kopnąć czy ugryźć. Pani nie jadła, co przy cukrzycy szybko doprowadza do hipoglikemii. Kiedy poinformowałam o tym rodzinę, ta uznała , jeśli coś się stanie to ja nie będę brać za to odpowiedzialności, a jeśli pani umrze-"to trudno". Po telefonie do firmy ,najpierw otrzymałam informacje,że panie z biura o niczym nie wiedziały... (Pech chciał,że na tą stelle zadzwoniła przedostatnia opiekunka i powiedziała,że niejednokrotnie zgłaszała do firmy o faktycznym stanie rzeczy, z resztą jak i moja poprzedniczka.) Podczas kolejnego telefonu, usłyszałam,że rodzina napisze mi zgodę na wykonywanie zastrzyków- co w świetle prawa miało moc najwyżej taką jak papier toaletowy. Mało tego, pani mnie przekonywała,że nie znajdą nikogo na moje miejsce przed świętami bo to "taki trudny okres", więc początkowo się zgodziłam,że poczekam na zmianę. Niestety, zadzwoniłam do biura Stowarzyszenia dla osób pracujących w charakterze opiekuna osób starszych oszukanych w Niemczech, tam powiedziano mi,że jeśli zostanę na tym miejscu pracy, a podopiecznej coś się stanie, to nade mną ciąży odpowiedzialność karna.Mało tego, umowa o pracę jest skonstruowana niezgodnie z prawem-bez możliwości wypowiedzenia ze strony pracownika i informacja ,że wszelkie ustalenia poza umową zostają uchylone.Czyli wszystko co było mi powiedziane telefonicznie, stało się nieważne w momencie mojego wyjazdu do racy. Po tym ponownie zadzwoniłam do biura, a pani, która zawsze była miła i sympatyczna, już przestała taką być, ponieważ w trybie natychmiastowym żądałam zorganizowania mi zjazdu do domu, ta straszyła,że obowiązuje mnie 7 dniowy okres wypowiedzenia,odpowiedziałam: niestety, w moim przypadku mogę rozwiązać umowę bez zachowania okresu wypowiedzenia, ponieważ sytuacja rażąco odbiega od opisanej mi wcześniej, ponadto jestem zmuszana do wykonywania czynności medycznych, co do których nie mam uprawnień. Pani zeszła z tonu, ponownie pytając kiedy chcę zjechać, ponownie powiedziałam,że rozwiązuję umowę w trybie natychmiastowym i chcę jechać jutro. Pani powiedziała : dobrze, najpierw muszę to skonsultować z szefową i jak będę miała zielone światło to do pani zadzwonię, odpowiedziałam,że nie, bo to będzie trwało i trwało, więc czekam na telefon w dniu dzisiejszym. Nie zadzwonili. Zatem kolejnego dnia zjechałam sama, po tym jak poinformowałam rodzinę podopiecznych o zjeździe-ci wyrzucili mnie z mieszkania. Firma Nie wypłaciła mi pieniędzy za marzec. Prawnik napisał wezwanie do zapłaty i wtedy na moje konto wpłynęło nie całe 150 euro, gdzie w marcu, przepracowałam 14 dni, i wzięłam 200 euro zaliczki. Jakby nie patrzeć brakuje. Po moim kolejnym piśmie do tej pory nie mam od nich żadnej odpowiedzi. Jak dla mnie, wrzucanie pracownika na "minę" i robienie mu złej marki, mimo,że jest rzetelnym pracownikiem, jest co najmniej nie w porządku. Dlaczego złej marki? Ponieważ, pojawiło się w internecie ogłoszenie na moje ówczesne miejsce pracy. Kilka znajomych tam zadzwoniło i pytało, dlaczego potrzebna jest tak szybka zmiana, w odpowiedzi słyszały "bo tam jest młoda pani i sobie nie daje rady" . Nikogo nie informowali,że nie przychodzą pielęgniarki do zastrzyków, jak i nikogo , że pani jest agresywna, krnąbrna czy choćby leżąca ,a pan ma zaawansowanego alzheimera i trzeba go pilnować na każdym kroku. Nie polecam, sprawa potoczy się w sądzie. Tak się nie traktuje ludzi. Znam osobiście co najmniej 4 osoby poza mną, które, albo musiały wykonywać obowiązki niezgodne ze swoimi kompetencjami, albo nie zostały im wypłacone wszystkie pieniądze i nie dlatego,że są "pijaczkami" , ale dlatego,że się postawiły i nie dały się dalej wykorzystywać ryzykując własne bezpieczeństwo.
Pozdrawiam, panie z biura również, bo zapewne kilka opinii same napisały.