W Szpitalu Bródnowskim na Oddziale COVID przebywałam od 30.10.2020 do 10.11.2020. Początkowo na SOR COVID prawie dobę, warunki spartańskie, noc spędzona pod własnym ubraniem, brak koca, poduszki, toaleta WC spuszczanie wody rezerwuar na sznurek, nie remontowana od czasu wybudowania szpitala. Poza tym brudno. Masakra. Ale opieka lekarska i pielęgniarska w kombinezonach covidowskich (kosmitów) była, ktoś się kręcił i można było zawołać o udzielenie pomocy. Po prawie dobie zostałam przeniesiona na Oddział COVID Laryngologia na I piętrze (zwolniło się miejsce). Tam dostałam łóżko z poduszką i kocem, wszystko powleczone w cieniutką fizelinę. Prześcieradło też z fizeliny. Pacjentka obok nie korzystała z koca szpitalnego, miała swoją pościel, którą już na SOR przywiozła jej rodzina. Z tego powodu oddała mi swój koc i byłam szczęśliwa, gdyż pod jednym kocem było mi zimno. Sala musiała być wietrzona z uwagi na to, iż byłyśmy chore na COVID. Ja miałam między innymi silne obustronne zapalenie płuc i kłopoty z oddychaniem. W szpitalu brakowało tlenu, podobnie jak w całej Polsce. Miałam niską saturację, powinnam mieć tlen, jednakże z uwagi na jego brak nie dostałam go, gdyż na Oddziale byli pacjencji w jeszcze gorszym stanie i lekarz musiał decydować komu dać pierwszemu tlen. Jak były butle z tlenem to nie było reduktorów itd. Chciałam podkreślić, że pomimo tego wszystkiego co opisałam, cały personel salowe, pielęgniarki, lekarze pracowali z dużym zaangażowaniem i troską o pacjentów. Nigdy nie odmówiono mi pomocy, poza brakiem tlenu, ale co można zrobić jak go nie było. Udało mi się wyjść na prostą i zostałam wypisana ze szpitala jako zdrowa. Jednak nikt nie robił mi testu na wyjściu ze szpitala. Lekarz poinformował mnie, że to wynika z zaleceń SANEPIDU, a z wyliczenia dni wynika, że nie jestem już niebezpieczna dla innych (nie zarażam). Upłynęło więcej jak 13 dni od wystąpienia pierwszych objawów, 10 dni (dób) od wykonania badania oraz 3 dni bez temperatury. Zupełnie jak gra w TOTO-LOTKA. Wygrałam, bo z liczb wynika że jestem zdrowa (czytaj z zaleceń SANEPIDU). Jedzenie w szpitalu nie wiem czy było smaczne czy nie, gdyż nie czułam wszystkich smaków. Interesowało mnie tylko czy jest ciepłe, a z tym było różnie. Do każdej zupy, również mlecznej, kompotu, herbaty dolewałam wrzącej wody, aby była ciepła. Jedzenie było podawane w naczyniach z plastiku, więc w kuchni nie można było nalać wrzątku, a nalane ciepłe po dowiezieniu na Oddział stawało się letnie. Wrzątek posiadałam jedynie dlatego, że jedna z wychodzących pacjentek zostawiła mi w "w spadku" czajnik. Rozgrzewałam się gorącą herbatą, szczególnie po przeniesieniu na inną salę, gdzie było STRASZNIE zimno. Nie trzeba było wietrzyć, gdyż okna były nieszczelne i po pokoju hulał wiatr. Rodzina dowiozła mi dodatkową pościel z domu, dwa ciepłe koce powleczone w poszwę. Spałam na tej sali w dwóch parach spodni od piżamy, dwóch bluzkach z długim rękawem, dwóch parach skarpet i przykryta w sumie 5 warstwami (koce + prywatna poszwa), dodatkowo na nogi przykrywałam się jeszcze bluzą dresową. Lekarka na obchodzie nie mogła mi zmierzyć saturacji, ponieważ miałam tak zimne ręce (palce). Musiała mi je rozgrzewać, ale to nic nie pomogło. Kazała samej mi je rozgrzewać i że wróci do mnie na koniec obchodu. Po 30 minutach udało się rozgrzać palce i zmierzyć saturację. Zimno w pokoju zostało zgłoszone, lekarka zobowiązała się do przekazania informacji o konieczności uszczelnienia okien. Ja tego już nie doczekałam się bo wyszłam do domu (na szczęście). Jeszcze raz podkreślam, że nie przetrwałabym w takich warunkach, gdyby nie miła i profesjonalna obsada lekarska, pielęgniarska i pań salowych, które niejednokrotnie robiły więcej jak należy do ich obowiązków. Rodzina miała bezpośredni kontakt telefoniczny z lekarzem dyżurnym, który zawsze udzielił szczegółowych informacji o moim stanie zdrowia. Praca lekarzy, pielęgniarek, salowych, którzy narażają swoje zdrowie jak również zdrowie swoich rodzin zasługuje na szacunek i wdzięczność oraz każde pieniądze. Dziękuję wszystkim co przyczynili się do tego, że w tak krótkim czasie wyzdrowiałam, a stan mój był poważny. Zawdzięczam to w dużej mierze opiece na Oddziale, ale również wsparciu rodziny. Pobyt w każdym szpitalu i to nie tylko w Szpitalu Bródnowskim to ostateczność, należy się tego wystrzegać, ale nieraz nie można tego uniknąć. Szczególnie w obecnym czasie tej cholernej pandemii.