Cześć,
w pierwszej kolejności musze podziękować szefowi działu sprzedaży za brak przedłużenia mojej umowy. Wyobraźcie sobie - zainteresowani (być może pracownicy) jak miło jest we śnie!!! .... obudziliście się ??? No to NIE czeka Was Domex!!!
Zacznijmy od początku tj. po złożeniu mojej aplikacji :
Telefon ze strony firmy (jak się okazało kierownik/dyrektor od wszystkiego K.F)
- "cześć podobno trochę liznąłeś AGD"
- (ja) „tak oczywiście, mało tego w największych sieciach”.
- (domex) „no to zapraszam Cię na rozmowę do siedziby firmy” (prawie pod Leszno - jak dla mnie ponad 200 km).
Dojechałem w ustalonym dniu i o odpowiedniej godzinie, ... osoby z którą byłem umówiony BRAK. Nooo profesjonalizm pełną gębą – tym się ponoć szczycą. Zamiast tego typa pojawia się właściciel M.K. i co ciekawe rozmowa fajna i na poziomie choć mało merytoryczna. Po 2 dniach okazuje się że wspólnie chcemy współpracować. Dogadujemy się co do kasy …. No i tyle.
Jadę w nieznane ….
Spędzam 5 dni w „hotelu” którym mógłbym straszyć swoje dzieci … bądź wasze
Moim szkoleniem jest praca 10 godzin dziennie na magazynie i poznawanie towaru.
Szefa nie interesuje, że ja znam towar i sprzedałem go do wielu klientów. Istotne jest tylko to żebym wiedział gdzie dany produkt leży (na którym magazynie i na której półce).
Tu szybko muszę nadmienić, że pracownicy i kierownicy magazynu to osoby bardzo przyjemne, pomocne i zdecydowanie MIŁE !!!! – (Dzięki za współpracę – Grzesiek z Łodzi).
Po 5 dniach dostałem „upragnioną” umowę o pracę … no i jazda w teren
Wyobraźcie sobie, moi mili, że firma działała już w moim rejonie (Łódzkie), tylko dziwnym trafem od 3 miesięcy nikt tam nie docierał.
Zauważcie, sprawa dosyć dziwna.
Pytam szefa: o co chodzi, że klienci lub potencjalni klienci są tak bardzo …źli… i nie chcą współpracować? Wypraszają mnie ze sklepu rzucając za mną brzydkie słowa na wątpliwe prowadzenie się matek moich szefów.
Szef twierdzi, że były pracownik wyjechał na saksy do cieplejszej strony starego kontynentu i stąd ta cała zawierucha.
Jako łatwowierna osoba przyjąłem to prawie jako pewnik.
Co dalej … brak obsługi przez te co najmniej 3 miesiące to zaległości z obiecanymi: promocjami, dostawami, zwrotami oraz reklamacjami. Sama słodycz.
Aleeee co tam jam handlowiec jak ta lala niczego się boję
… tym bardziej, że szef obiecał wszelką pomoc: merytoryczną, gadżetową, merchandising’ową i wszelkie spodziewane ach i ochy.
JADĘ DO SKLEPU … oczywiście zbieram zasłużone OPR dla firmy Domex, z moim cienkim tłumaczeniem, że jest to tylko wina ludzi!!!
Następuje pierwsze prostowanie: handlowiec, który obsługiwał „mój” teren wcale nie wyjechał do ciepłych krajów.
Kompletny brak widoków na współpracę, facet skwitował krótkim „wal._cie się”. Poszedł do konkurencji.
Jasne byłem zły. Jak można wykręcić taki numer?! No cóż, rzeczywistość pokazuje, że to tylko delikatny odzew ze strony zawiedzonego pracownika. Człowiek obiecał (za zgodą szefostwa) duuuużo fajnych promocji oraz akcji sprzedażowych a Domex nie potrafił się z nich wywiązać.
Poszedł do konkurencji i co ??? Nie zgadniecie …. Zrobił te promocje !!!
Na to wszystko przyszedłem JA
Nowy pracownik Domex.
Plany wydawały się ok. W końcu znam rynek oraz towar. Co teraz następuje? Zderzenie się ze ścianą: KAŻDY JEDEN KLIENT informuje mnie, że owszem, ode mnie towar będą brali pod JEDNYM warunkiem – NIE DOMEXU.
Nie zapominajcie, że ze mnie handlowiec jak ta „lala”.
Sprzedawałem towar firmy w której byłem zatrudniony. Mało tego progres miałem w granicach 50% na miesiąc (do wglądu dokumentacja).
Zaczęło się kręcić.
Nooo ale przypadki chodzą po ludziach.
Dwa dni przed końcem umowy próbnej dostałem w tyłek. Znaczy to tylko tyle, że brałem udział w kolizji, której BUS wjechał mi w bagażnik. Niby nic ale rzecz jak daleko idąca w konsekwencjach.
Policja przybyła na miejsce zdarzenia, prawie zawyrokowała o zabraniu dowodu rejestracyjnego „mojego” auta firmowego.
Ja (będąc jak później okazało się OSŁEM) próbując wszelkich tajników negocjacji, doprowadziłem do sytuacji w której mogłem odjechać z miejsca wspomnianego zdarzenia, wraz z dowodem rejestracyjnym, zamiast wysłać zdezelowane auto lawetom do siedziby firmy – odjechałem do domu.
No i teraz WSZYSCY zainteresowani pracą w tej, pożal się boże, firmie – poczytajcie:
„dyrektor” – doceniając moje umiejętności/znajomości pochwalił, że Policja nie zabrała auta nie nadającego się do ruch po NASZYCH ulicach.
W piątek przed świętami Wielkiej Nocy, gdy wszyscy pracownicy tej, pożal się boże firemki, dostali wolne – JA na rozkaz szefostwa pojechałem zdezelowanym (fofo do wglądu) autem do … firmy.
Czytający w/w komentarz zastanowią się z pewnością po kiego diabła udałem