Pracowałam w tym roku jako wychowawca na turnusie 10-dniowym w Zawoi. To był mój drugi turnus (wcześniej byłam z inną firmą na 3-tygodniowym turnusie), więc mam pewne porównanie. Dlatego chciałabym wszystkim bardzo serdecznie odradzić współpracę z Polturem. Nie mają szacunku do pracownika. Wynagrodzenie jest po prostu śmieszne, ale nie to mi najbardziej przeszkadzało, bo tłumaczyłam sobie, że to dla dzieciaków, które naprawdę nie mają łatwo w życiu, więc można się trochę poświęcić. Ale teraz wiem, że nigdy więcej nie będę współpracować z Polturem, bo po prostu nie chcę być kojarzona z Tą firmą. Organizacja okropna, nie potrafią nawet zaplanować trasy. Jechaliśmy z centrum Polski do Zawoi i jakiś niezwykle kompetentny pracownik BIURA PODRÓŻY (gdzie chyba jednak umiejętność czytania mapy i znajomość geografii Polski powinny być podstawą) zaplanował drogę tak, że wychowawcom kazał spotkać się dzień wcześniej w Sieradzu (w jakiś kwaterach na zupełnym odludziu, gdzie nie dało się dojechać inaczej niż taksówką). Do Samego Sieradza również nie było się łatwo dostać. Żeby było jasne, dzieci z Sieradza nie braliśmy. Następnie pojechaliśmy po dzieci do miejscowości położonej na południe, aby w dalszej kolejności, przez 2 godziny jechać do Skierniewic (na północ!) przypomnę tylko, że miejscem docelowym była Zawoja (Małopolska, południe Polski!). Naprawdę, nasze dzieci z turnusu by im lepiej trasę ułożyły! Gdy dojechałam na kwaterę do Sieradza pani gospodyni była zaskoczona moją obecnością bo pan, który z nią rozmawiał zamówił pokoje dla pięciu mężczyzn i jednej pani, a przede mną przyjechała już jedna wychowawczyni. Ostatecznie okazało się, ze nocowało nas 3 kobiety i jeden mężczyzna.
Ale przejdźmy do sedna. To, co najgorsze, to opieka medyczna. Owszem jest pielęgniarka, na telefon, która wpada do ośrodka, nie informując o tym wychowawców. I np. wracałam ze spaceru z dziećmi, pytałam się o pielęgniarkę, bo dzieci narzekały na ból gardła. Okazało się, że pani pielęgniarka już była, przeszła sobie po pustych pokojach i pojechała. Była izolatka, w której były niby leki - rutinoscorbin, jakiś syrop, wapno, maść na ukąszenia i to by było na tyle... Nawet pielęgniarka narzekała, że nie ma jak pomóc dzieciom. Gdy jeden z chłopców upadł na łokieć i ręka zaczęła puchnąć (zdarzyło się to wieczorem), to pani kierownik i pani pielęgniarka chciały czekać do następnego dnia, bo po co jechać do szpitala. Na szczęście jedna z wczasowiczek z naszego ośrodka zaproponowała, że nas zawiezie. Bo przecież pani pielęgniarka nie mogła nas zawieźć, chociaż miała samochód i podejrzewam, ze płacili jej za opiekę nad uczestnikami kolonii ;) Dodam, tylko, że na wcześniejszym turnusie miałam taką samą sytuację, również stłuczony łokieć. Nikt się nie zastanawiał, tylko od razu pojechaliśmy na SOR. Owszem w obu przypadkach okazało się, że to tylko stłuczenie, ale kiedy chodzi o dzieci, lepiej chuchać na zimne, nigdy nie wiadomo, czy to tylko stłuczenie, czy pęknięcie, czy złamanie. Później robiłam dziecku okłady z altacetu, gdy zgłosiłam, ze się kończy, to usłyszałam, że nie opłaca się kupować nowego, bo koniec turnusu!
Teraz kilka słów na temat traktowania wychowawców
Pierwszy absurd - wychowawcy nie są kadrą! Kadra to kierownik, pilot, instruktor KO, psycholog, kierowca. Bo przecież bez wychowawców kolonia może się obejść. I pani kierownik traktowała nas jak idiotki, które do niczego się nie nadają. Cały czas narzekała, że ona musi myśleć o wszystkim i wszystko robić. A naprawdę wypełniałyśmy swoje obowiązki i zwracałyśmy się do niej tylko w sytuacjach, które wymagały konsultacji z kierownikiem.
Hitem była dla mnie funkcja pilota wycieczek. Pani również miała problemy z posługiwaniem się mapą i zwykle prowadziła nas okrężną drogę. (I jak tu wytłumaczyć dzieciom dlaczego robimy kółko!). Ponadto, gdy jedna z uczestniczek miała problemy zdrowotne i nie mogła wziąć udziału w wycieczce, to kto z nią został w ośrodku? Oczywiście pani pilot, no bo po co pilot wycieczek na... wycieczce :) Takich smaczków było jeszcze więcej. I teraz z perspektywy czasu wydaje mi się to po prostu śmieszne, ale wtedy, gdy wypełniałam swoje obowiązki i naprawdę się starałam, bo wiem, że jako wychowawca biorę odpowiedzialność za dzieci, to czułam się po prostu oszukana. Wychowawcy dostają najmniejsze pieniądze, są traktowani z góry i mają najwięcej obowiązków i żadnej pomocy od kadry (chyba, że trafi się na fajne osoby, u nas akurat była super pani psycholog i pani KO i na nie można było liczyć). A po swoim wcześniejszym turnusie wiem, że naprawdę można stworzyć zespół i sobie pomagać. Bo oczywiście wychowawca zawsze będzie odpowiadał za swoją grupę, ale to chyba normalne, że każdy jest człowiekiem, czasami po prostu trzeba chwilkę odzipnąć, szczególnie, gdy jest się na dłuższym turnusie. W Polturze program był tak ułożony, że były takie dni, że nawet nie miałam czasu iść do toalety, bo biegłam z jednej zbiórki na kolejną. Oczywiście dzieci