tak na poważnie. pracowałem w rtv na zachodzie polski w czasach innego naliczania premii. w tamtych czasach podstawa wynagrodzenia była 1000zł brutto (800 netto), podczas gdy minimum krajowe było ~1200netto. firma w umowie o pracę gwarantowała minimum krajowe, ale ofkoz zależało jej na tym, byś do minimum krajowego doszedł realizując cele sprzedażowe (punkty, gwarancje, usługi, akcesoria, a potem jeszcze jakieś beeny itp.) słowem trzeba było na 1/3 minimum krajowego napracować się realizując cele, bo po 2-3 miesiącach, gdyby firma miała dopłacać te 400zł do twojej pensji to by cię zwolniła za nieefektywność. Oczywiście w realu te 400zł dało się zrealizować w kalendarzowy tydzień/dwa (w zależności o okresów w roku - wiadomo święta/komunie/euro w polsce, to inny okres niż np. czerwiec lipiec luty w normalnym okresie).
no i w tamtych czasach nie liczyła się tak bardzo masa tylko sprzedaż gwarancji/duperelek/usług. co z tego że ugrałeś w miesiącu 200 000 obrotu (to nie było duże miasto), skoro nie zrobiłeś celów i miałeś w nagrodę 1700netto i smutną minę kierownika, który wolał 50000 i zrealizowane cele. toteż wielu było takich, których zadowalał mizerny obrót ale zrealizowane cele. w ten sposób z masy punktowej + celów mieli te 1900-2000 netto. lepsi mieli z 2500, ale ciezko było o 3000 netto w okresie nieświątecznym.
teraz ponoć się to zmieniło in plus - podstawa wyższa, realizacja celów tylko rośnie (wtedy procenty spadały, gdy sprzedałeś golasa). Dziś niby jest możliwość, że stary pracownik mógłby ponownie pracować w euro, wtedy było to nie do pomyślenia, bo skoro odszedłeś, to nie związałeś się z firmą, albo jeśli cie wywalili, to byłeś za słaby. Jasne, że są warszawki i inne miasta, które nie mogą konkurować ze sklepami w 50-100 tysięcznym mieście.
A co do debilnych pytań o pensje kierowników - nawet jeśli kiero zmiany ma 3000 netto to czemu was to interesuje? na 99% nie nadajecie się na to stanowisko, bo firmie lepiej jest awansować "prymusa" ze sklepu niż brać człowieka, który w necie szuka odpowiedzi na takie pytania.
Co do szkoleń: za moich czasów były wprowadzające w realia + dlaczego sprzedawać gwarancje, akcesoria itp. były też wyjazdy do centrali lokalnej centrali, gdzie zapraszano coachów z danej firmy (raz amica, raz dell, raz ktoś inny) i ów ziomek wprowadzał was w realia nowych produktów z danego brandu. oczywiście nijak się to miało do sprzedaży w sklepie, bo sprzedawca wiedział za ile pkt. były rzeczy na expozycji i lepiej mu było promować coś dobrze punktowane, niż coś co jest faktycznie lepsze. I tu dochodzimy do clue - każdy sprzedawca musi sprzedawać wszystko i "znać się" na wszystkim. z tego też względu każdy z nich posiada minimalną wiedzę produktową, wie jak co działa, ale nigdy nie poleci produktu uczciwie, bo nie może. jak powiedzieć klientowi, że lodówka X jest lepsza od Y skoro sam nie wiesz czym się naprawdę różnią. Jasne, że można powiedzieć że LED samsunga jest lepszy od LEDa manty, ale gdy zdajesz sobie sprawę, że ten drugi da ci więcej punktów, to przestajesz myśleć prokliencko. Taka chora prawda - nie ma w euro specjalistów tylko omawiacze produktów. klient stanowi nadzieję, że pchniesz mu gwarancję na ratach, a gdy widzisz że będzie ciężko to staje się balastem. po jakimś czasie wybierało się klientów, resztę olewało byleby tylko nie obniżyć sobie słupków. sieć nigdy nie promowała sprzedaży, tylko wciskanie kitu. Tak jest dalej i zastanawiasz się tylko, czy ty masz pecha że tutaj trafiłeś, czy jesteś po prostu takim nieudacznikiem, że nic lepszego w handlu nie znajdziesz. i tylko czasami się zastanawiasz, że szkoda ci niektórych ludzi, których w euro poznałeś, bo dla ciebie byli kimś więcej niż tylko numerkami