Pracowałem w The Company (Wcześniej BNI / Corporate Connections / Prime Management i szkoda wymieniać więcej podmiotów duchów) mniej więcej cztery lata. Pełne cztery lata w jednym miejscu i do dziś sam sobie się dziwię, że tyle wytrzymałem.
Nie odszedłem elegancko. Przelało mi się, powiedziałem na głos to, co myślę, i trochę później jak już pomogłem znaleźć grafika "do pomocy" było po sprawie.
Czemu w takim razie siedziałem tam cztery lata? Dwie rzeczy. Kasa, którą dobrze ustawiłem sobie na wejściu, bo na podwyżki i tak nie było co liczyć. I ludzie. Póki nad marketingiem stał ktoś, kto wiedział, co jest ważne, a co można spokojnie schować pod dywan, dawało się żyć. To oni zbierali baty z góry, żeby reszta mogła w ogóle cokolwiek zrobić. Chwała im za to i mówię to bez ironii.
Potem management się zmienił i posypało się wszystko naraz.
Nie będę nikogo punktował z imienia. Powiem tyle: spotkania, z których od roku nic nie wynika, wymuszona rubryka "komu dziękujemy w tym tygodniu" i wymiana jednej albo dwóch osób w zespole miesięcznie to nie jest zarządzanie zespołem. A jak ktoś zwraca uwagę, że coś nie działa, to nagle sam staje się problemem. Znacie to.
Co mnie przez ten czas trzymało w pionie? Zlecenia prywatne, robione po godzinach. To one przypominały mi, ile jestem wart i że da się pracować inaczej. Jeśli masz wrażenie, że siedzisz w czymś za długo, miej coś swojego obok. Nie dla pieniędzy, dla punktu odniesienia.
Czy polecam takie miejsce? Jeśli potrzebujesz dorobić na chwilę, to spokojnie. Tylko nie przestawaj szukać.
Poznałem tam sporo wartościowych ludzi, którzy dostali po głowie za to, że po prostu robili robotę. Ja też. Wiecie, kim jesteście.