Chciałam już zostawić tę sprawę, naprawdę. Ale jak widzę, co się tutaj wypisuje – i to przez osoby, które albo nie znają kontekstu, albo były może obecne, ale mają bardzo wybiórczą pamięć – to muszę się odezwać. I raz na zawsze wyjaśnić, co się stało.
Po pierwsze – tak, na drzwiach sklepu MEDYK, tego przy al. Stanów Zjednoczonych, wisi informacja, że możliwy jest zwrot towaru. Nikt tam nie dopisał małymi literkami „chyba że refundacja, chyba że otwarte, chyba że Pani Teresa”. Stałam pod tymi drzwiami, czytałam to na głos i weszłam z przekonaniem, że skoro popełnili błąd z rozmiarem, to mogą ten produkt przyjąć z powrotem. I nie był to „mój wybór”, tylko błąd sprzedawcy – podałam jasno rozmiar M, konkretny kod produktu, dokładnie ten, który mamy od lat przypisany na receptę przez lekarza rodzinnego.
Po drugie – refundację potwierdzono mi online, jeszcze przed wizytą w sklepie. Ktoś na czacie na stronie Medyka napisał, że mogę przyjść stacjonarnie z receptą i zostanie ona zrealizowana bez problemu. Otrzymałam też informację od Medyka online, że zwrot pieniędzy będzie natychmiastowy za pieluchomajtki. I co się stało? Weszłam do sklepu, podałam wszystko, jak trzeba – a Pani zza lady (nie pamiętam imienia, ale młoda, w okularach) powiedziała, że „ten rozmiar chwilowo się skończył, ale XL też będzie dobry, bo są regulowane”. Mówiła to z takim tonem, jakby wiedziała najlepiej – a ja, nie będąc specjalistką, zaufałam jej wiedzy. I co dostałam? Rozmiar dla osoby o 40 kg cięższej niż mój podopieczny.
Po trzecie – ten mit o „przyniesieniu kupy w torbie”… Naprawdę? Nie wiem, kto to wymyślił, ale niech się zastanowi dwa razy. Przyniosłam pieluchę zabezpieczoną w woreczku strunowym, w dodatkowej siatce, i całość była szczelnie zamknięta. Jeśli coś przeciekło – to może przez niedomknięcie przez sprzedawczynię, bo otwierała to przy ladzie bez mojej zgody. I przepraszam bardzo – czy jak człowiek przychodzi oddać produkt higieniczny, to ma go zapakować w złoty kuferek z kokardką? A jak niby miałam pokazać, że produkt się nie nadaje, skoro nikt nie słuchał, tylko od razu mnie zignorowano?
I jeszcze to… że ktoś niby zemdlał? Proszę Was, przestańcie. To już nie jest śmieszne. Stałam tam cała w nerwach, drżąca, próbująca zachować godność, a wokół mnie zaczęła się fala teatralnych westchnień, zasłaniania nosa, jakby nikt z obecnych nigdy nie miał do czynienia z ludzkimi wydzielinami. A mówimy o sklepie, który sprzedaje worki stomijne, pieluchy, cewniki, wkładki, myjki do pielęgnacji ciała i środki do odkażania. Sklep medyczny, nie butik z perfumami.
Nie, nie krzyczałam, jak tu niektórzy piszą. Byłam stanowcza – owszem. Wkurzona – oczywiście. Ale nie dlatego, że coś chciałam wymusić, tylko dlatego, że zostałam potraktowana jak intruz. Jakby to był mój wymysł, moja wina, moje nieporozumienie.
I teraz, po tym wszystkim, czytam, jak ktoś pisze, że „nigdy nie przyszło jej do głowy przynieść pieluchy do sklepu”, a ktoś inny, chce mnie zgłosić do sanepidu. To co ja mam zrobić z produktem, który nie spełnia funkcji? Napisać wiersz? Złożyć origami z pampersa i puścić na Wiśle?
Ludzie, trochę serca. Przyszłam do sklepu, bo chciałam załatwić sprawę uczciwie, na miejscu. Gdybym chciała kombinować, to bym nawet nie otwierała opakowania, tylko sprzedała komuś dalej. Ale ja chciałam, żeby sklep – który sam popełnił błąd – poczuł się do odpowiedzialności. Nie chodzi o te pieniądze. Chodzi o szacunek.
I tak, napiszę to jeszcze raz: sklep Medyk zawiódł mnie na całej linii. Obsługa bez empatii, reakcja przesadzona, a teraz jeszcze te internetowe szyderstwa. Ale najgorsze jest to, że nikt nie zapytał, co z osobą, którą się opiekuję. Dla Was to „Pani Teresa i kupa w torbie”, a dla mnie to była decyzja, która kosztowała mnie łzy, wstyd i kolejny dzień zmagania się z systemem.
Mam nadzieję, że ktoś to przeczyta do końca. Może nie każdy mnie zrozumie, ale może chociaż ktoś przestanie się śmiać i zacznie słuchać.