Fajna atmosfera, dobre zarobki... z 2015 roku, cóż dużo na temat. Mogę się domyślić kto to pisał. Ja nie polecam osobiście. Na początku obiecywali umowę zlecenie (1 miesiąc), potem umowę o pracę. W ofercie pracy było napisane: technik prac biurowych z językiem niemieckim. Stawka: 2500 brutto. Zaczyna się historia: rozmowa, weryfikacja znajomości języka, potem szef wybiegł pytając, czy moglabym się zarejestrować w Urzędzie bo oczywiście chcieli przez urząd. Jako że w moich stronach ciężko jest o pracę administracyjną, czy w ogóle jakąkolwiek z niemieckim - zgodziłam się. I tak nie było żadnej umowy przez grudzień, styczeń, luty... Szef szukał stażysty, księgowa jakimś cudem zaproponowała mnie, która już tam byłam. Pomyślałam sobie swoje, ale jako, że szef powiedział, że będzie dopłacał - zgodziłam się. Nie mogę za bardzo pyskować, bo nie mam prawa jazdy :P. No i tak: niecały listopad, grudzień, styczeń, luty byłam na czarno, więc Zbyszek nie miał oczywiście obowiązku odprowadzać podatku. Ale i tak nie wymagałam, żeby płacił mi pełną stawkę brutto za to, że siedziałam w biurze i wprowadzałam towary. Zapłacił netto, z każdym miesiącem było mniej: styczeń 100, luty 150 zł mniej, ale po prostu nie było mnie w tych miesiącach po dniu, więc przymknęłam oko. Przyszedł marzec... Staż 997 zł płacił urząd, a on dopłacił pierwszy miesiąc 650 zł, drugi 600 mimo, że miałam nadgodziny. Pazerniak jeden! Oszukiwał nawet własnego szwagra, który niby, z opowiadań wnioskowałam, że wiedział to od dawna (pracował od 2013,), jednak dopiero niedawno wyniósł się od nich. Firma ma dobrą opinię klientów, ma ich po prostu mnóstwo, ale Zbyszek reagował bardzo nerwowo na każdy negatyw. Pracownicy produkcji prosili, aby zatrudnił jeszcze 2 osoby, bo potrzeba rąk do pracy, on jednak twierdził, że są w stanie to sami zrobić. Dopiero kiedy zadzwoniła firma w z propozycją, żeby jego pracownicy (Zbyszka) przejęli pracę w Niemczech, poszła do niego przyszła Pan inżynier produkcji, której kilka razy też coś nie pasowało. Nie będę na nią gadała, bo co jak co ale spoko jest. Jedyne co to kablowała na Panią, która ma dwójkę dzieci, dlatego pracuje na pół etatu. Ja nie wiem, on ma sprzęt jakiegoś beznadziejnego producenta. Wiem to, bo nawet my z biura chodziliśmy pomagać na produkcję. Ciągle trzeba było robić kabelki to do rozdzielnic, to do gniazdek. A maszyna ciągle się zacinała, przez co trzeba ją było ustawić znowu do porządku, a ona nad tym czuwała. Zaczęli też płacić jej mniej. Dopiero kiedy kolega zapytał, dlaczego jest smutna, odpowiedziała, że juz drugi miesiąc nie pasuje jej coś z wypłatą. Ten powiedział, żeby juz szła z tym do szefa. Po rozmowie stwierdziła jednak, że szef się ,,nie pomylił". Powiedział: ,,Tyle jest warta". Z moich 1800 netto, zrobiło się 1600. Zwolnili pracownika, który ma dzieci. Teraz patrzę, że szukają na produkcję przez PUP oczywiście i jemu będą płacić prawie 50% mniej niż koledze. Pazerność, po prostu pazerność, a o kimś mówi, że to rusek. Nie rozumiem, dlaczego tam u niego jeszcze siedzą. Wiem przecież, że są niezadowoleni z wynagrodzeń. Jeden chodzi w soboty, ,,żeby wypłata jakoś wyglądała". Co jak co ale księgową ma super, raz przyjechał nawet facet ze swoją księgową prosić, żeby wytłumaczyła jej, jak coś robi, za co dostała wynagrodzenie :P. Myślę, że szef powinien doceniać takich ludzi. A to jest po prostu zero.