Spora część komentarzy tutaj to albo krótkie pytania o pracodawcę, albo coś na kształt reklamowania ofert pracy. Dlatego postanowiłem, że sam pokrótce opiszę swoje doświadczenia.
Zacznę od tego, co od razu rzucało się w oczy. A raczej w nos. W tym samym budynku funkcjonuje siłownia. Nie wiem czy to wina braku klimatyzacji, ale na klatce schodowej stale unosi się dość charakterystyczny zapaszek. Co prawda w samym biurze już tego nie czuć, jednak przechodzenie przez drzwi wejściowe do najprzyjemniejszych rzeczy z rana (każdego dnia) nie należało.
Gdzie trafiłem? Otóż tam, gdzie zawsze potrzebują najwięcej osób i jednocześnie jest największa rotacja - projekt nc+. Oczywiście umowa zlecenie na czas nieokreślony, ale nie miałem jakoś z tym problemu. Z początku myślałem, że to swego rodzaju prestiż. W końcu to znana firma, znacząca pozycja na rynku, innowacja, nowoczesność i inne "ochy" i "achy". Aby być w ogóle godzien sprzedawania produktów nc+, musiałem wcześniej odbyć szkolenie. Normalka, w większość szkolenie składało się z kwestii technicznych, tzn. zawartość pakietów albo obsługa programu. Na tym etapie wszystko wydawało się w porządku, a przede wszystkim wydawało się, że to jest raczej nietrudna praca. W końcu "tylko przedłużacie umowy ze stałymi abonentami." Po wszystkich testach zasiadłem "na słuchawce." I zobaczyłem, jak niewdzięczna jest ta praca.
Praca polegała na.... no właśnie, na czym? Na sprzedaży? Zbyt delikatne słowo. Na wciskaniu pakietów na chama. Standardem dla każdego było przytaczane tutaj wielokrotnie "1 umowa w tej godzinie." Na wejściu wydawało się, że target nie jest wyśrubowany, jednak z czasem można było dojść do zupełnie innego wniosku. Tym bardziej, że wynik niekiedy zależał nie od umiejętności telemarketera, ale od szczęścia do klienta. A trzeba było tego szczęścia trochę mieć, bo klient po kilkunastu telefonach nie był skłonny do rozmowy. Ty oczywiście zgrywasz z siebie idiotę, mówisz że Twoja oferta będzie inna od oferty poprzednika. Przez brak komunikacji proponujesz to samo. I przez to masz kilkanaście razy dziennie ochotę palnąć sobie w łeb.
Brakowało porządnego szkolenia z technik sprzedażowych. Generalnie dysponowaliśmy tymi samymi formułkami, które wałkowaliśmy w kółko i w kółko. "To najlepsza oferta, lepszej nie będzie", "tańszego pakietu nie ma" i tym podobne. Mam wrażenie, że niektórzy na tyle często to powtarzali, że sami w to uwierzyli. Nie było też czasu na normalne szkolenie, kiedy był wprowadzany jakiś nowy produkt lub usługa. Wszystko przeprowadzane na kolanie, nie jako osobna aktywność, ale w przerwie między rozmowami. A abonenci już na drugi dzień zadawali szczegółowe pytania, na które Ty miałeś znać odpowiedź.
Zdarzały się również sytuacje, kiedy osoby bez wyniku w danym dniu były "wypuszczane do domu." Innymi słowy - nie ma sprzedaży to wypad. Przez to oczywiście nie zgadzały się potem rozpisane godziny, a pensja była mniejsza.
Panująca atmosfera była na pewno wyjątkowa. Ludzie bardzo różni, każdy z innej bajki. Nie ulega jednak wątpliwości, że większość pracowników to studenci lub ludzie zaraz po studiach. Być może z tego powodu nastawienie między ludźmi było raczej na luzie. Nie dochodziło do żadnych incydentów, krzyków czy kłótni. Pomimo tego praca była raczej stresująca. Powody do stresu były różne: metoda motywacyjna liderów pt. "kropla drąży skałę", nieprzyjemne rozmowy z wkurzonymi klientami, brak wyniku, świadomość robienia z siebie głupka przed klientem i wiele innych.
Co do zarobków - stawka na godzinę zależała od liczby przepracowanych godzin w miesiącu. Więcej godzin to większa stawka - nie było w tym zbyt dużej filozofii. Inna sprawa to mityczne już premie. Wypłacane były tylko pod warunkiem co najmniej jednej sprzedaży na godzinę. Co prawda ten wskaźnik nie był obliczany z dokładnością co do sekundy, ale dołowały takie sytuacje, gdy przez połowę dnia sprzedaż szła bez problemu, po czym następował nieoczekiwany kryzys i cała premia szła się j.... . Oprócz standardowej premii sprzedażowej były dodatkowe bonusy pieniężne lub rzeczowe. Te dodatki nie zależały już na szczęście od skuteczności. Moim zdaniem płaca jest poniżej przeciętnej jak na krakowskie warunki.
Teraz pojawia się, przynajmniej dla niektórych osób, mocna strona pracodawcy - bardzo elastyczne godziny pracy. Można było się rozpisać dosłownie w dowolny sposób (w godzinach funkcjonowania biura) i przykładowo zafundować sobie dłuższy weekend. Dodatkowo rozpiska była z każdego tygodnia na tydzień, więc nikt nie musiał bawić się w jasnowidza. Co więcej, dodatkowe godziny poza harmonogramem nie były w żaden sposób wymuszane.
Wypłacalność pracodawcy też była bez problemu. Wynagrodzenie zawsze otrzymywałem w terminie.
Podsumujmy: praca dobra dla studenta b