Miałem w styczniu wątpliwą przyjemność spotkania się z tą. Oferowali mi stanowisko samodzielnego specjalisty (chodziło konkretnie o windykację klientów)- tak się złożyło, że już dość spore (ponad 10 lat) mam w tej branży. Słaba oferta ogólnie, jakieś marne 3000 zł brutto i to z bólem wytargowane, ale myślę sobie, że firma rozwija się więc będzie później możliwość odkucia się.
Na początku rozmowa z panią manager sprzedaży... Masakra. Miałem wrażenie, że laska umówiła się ze mną na rozmowę tylko po to aby mnie zobaczyć. Żadnego pytania o moje doświadczenie, kwalifikacje, oczekiwania itd. Mniejsza o to, że kobieta mocno nieprofesjonalna, mniejsza też o to, że w biurze syf gorszy niż można sobie wyobrazić (oni serio tam chyba nie sprzątają)... wyrozumiały jestem. Dostałem feedback, że skontaktują się ze mną aby umówić na spotkanie z szefem. Umówiłem się, przybyłem do firmy 15 minut przed czasem, tymczasem pan "szef" nie dotarł na spotkanie. Czekałem na tego pajaca godzinę, po czym stwierdziłem, że mój limit czasowy się wyczerpał i wyszedłem. Oczywiście przez ten czas nikt się mną nie zainteresowała, nie zaproponował głupiej wody mineralnej albo kawy, totalna olewka. Po kilku godzinach zadzwonił do mnie sam szef i zaczął przepraszać, że to takie problemy z zaparkowaniem auta, że coś tam czyli dosłownie biadolenie bezsensu. No ale dobrze, nie można być zbyt wrednym. Umówiłem się jeszcze tego samego dnia z panem szefem. Spotkaliśmy i zaczął mi tłumaczyć, że wierzytelności są w zasadzie nieuznawane przez klientów. No to oznacza, że są sporne, dla tego troglodyty są jednak bezsporne "no bo podpisali umowy". Taki argument słaby, bo wierzytelność jest sporna już na samym stwierdzeniu przez jedną stronę, że nie uznaje takiej wierzytelności. Poza tym są klauzule abuzywne przez które wierzytelność może być rzeczywiście bezzasadna. Mniejsza o szczegóły... Umówiłem się z panem szefem na pierwszy dzień pracy. Dzień przed tym dniem zadzwonił do mnie (i to o godzinie 20-ej) z prośbą aby przełożyć ten dzień na następny. Ok, choć to już zaczęło być nie dość, że śmieszne to jeszcze żałosne. Olałem już tego gościa i całą tą firemkę krzak. Następnego dnia wysłał mi sms, że na moje miejsce czekają chętnie... jasne, walą drzwiami i oknami. Niech sobie pan szef szuka gdzieś indziej frajera, ja nie mam czasu dla przedszkolaków.
Teraz czytam komenty i widzę, że nie pomyliłem się ani trochę.