Marian - warsztatowiec indywidualista 04.03.2017 22:18
Inne
Swój wywód na temat tej śmiesznej firmy zacznę może od tego, że gdy czyta się jakikolwiek podręcznik na temat zarządzania najczęściej w jego wstępie widnieje informacja, że w układzie pracodawca - pracownik - klient kupujący produkt wszyscy powinni być zadowoleni. I dopiero w takiej sytuacji można powiedzieć, że fabryka jest dobrze zarządzana. Cóż, w firmie Baxter zadowolony miał być kierownik/dyrektor, pracowni miał zapier$%##$% za miskę ryżu i się nie odzywać, a klient i tak się znalazł czy produkt był dobry czy nie. Od tego był sztab ludzi z odpowiednim budżetem na spotkania biznesowe. Ulubionym powiedzeniem i mottem praktycznie każdego kierownika w Baxterze było "scedowanie obowiązków". Po to zrobili sobie liderów, żeby odwalali za nich czarną robotę. Drugim ulubionym słowem kierownika w Baxterze było słowo mobbing - żaden z nich go nie wymawiał, ale wszyscy bardzo umiejętnie stosowali. Do tego chodzili wiecznie niezadowoleni i naburmuszeni. Ale to zapewne dlatego, że większość z nich nosiła czerwone, żółte lub zielone, koniecznie za ciasne dżinsy. W sumie gdybym był na ich miejscu i zobaczył siebie w lustrze w takich spodniach, a do tego zbyt ciasne dżinsy cisnęły by mnie tu i ówdzie też bym się zachowywał jak panienka podczas okresu..... Zabawny był fakt, że każdy z tych super kierowników zachwycał się zarządzaniem w firmie Toyota, wręcz był to dla nich wzorzec do naśladowania. Tyle tylko, że przy wdrażaniu tych teorii w życie wychodziło im zarządzanie rodem z zakładów Łady w Rosji....
Pamiętam jak zaraz po przyjęciu do pracy przez tydzień mieliśmy szkolenia w biurze, nie chodziliśmy w ogóle na produkcję. Wszyscy roztaczali przed nami wizję zakładu doskonałego, zorganizowanego w każdym calu. Cóż, już po pierwszym tygodniu na produkcji wróciłem na ziemię...
Chaos i bałagan jaki panował w firmie jest nie do opisania. Bez przerwy były zmieniane grafiki. Przez ten chaos dochodziło do sytuacji, że na zmianie nie było żadnego operatora. Mistrzowie orientowali się dopiero na początku zmiany i ściągali na szybko z miasta chociaż jednego operatora, który przez 8 godzin miał pracować na 2 - 3 maszynach... Bez komentarza. Wielokrotnie decyzje podejmowane na górze nie miały sensu, podejmowano je bez rozeznania w sytuacji jak jest na produkcji, na hura, jakoś to będzie, my się martwić nie będziemy, niech się martwią na produkcji. Słowem koko jumbo i do przodu. Jest tylko dwóch operatorów na zmianie? Żaden problem, oprócz normalnej produkcji na 3 maszynach walnijmy im jeszcze walidację i testy, a potem zabierzmy jeszcze jednego operatora na pakowanie, a drugi niech sobie jakoś radzi. Co z tego, że na następnej zmianie będzie 4 operatorów... Zdarzało się, że niektórzy mechanicy ciągnęli praktycznie 5 zmian po 12 godzin jedna za drugą, raz w dzień, raz w nocy. Na ostatniej zmianie wyglądali jak zombie. Czy można od takiego człowieka wymagać, żeby trzeźwo myślał i potrafił analizować przyczyny awarii? To nie służby specjalne, tu pracowali zwykli ludzie... Należałoby jeszcze wspomnieć o dziale kadr pod wodzą czarnowłosej piękności. W moim dziale prowadziliśmy własny rejestr urlopów, bo w kadrach dopisywano sobie dni urlopów i potem to pracownik musiał udowadniać, że na urlopie nie był... Zdarzyło się też, że jeden z pracowników nie dostał pensji... i musiał czekać do następnego miesiąca, bo księgowanie...żenada.
Był taki kierownik produkcji o pseudonimie operacyjnym "pullover", który bardzo lubił opowiadać jaki to mamy wspaniały zakład (oczywiście dzięki jego super zarządzaniu) i on nie wie czego Ci pracownicy z produkcji chcą, przecież tak dobrze się pracuje. Po czym gdy tylko nadarzyła się okazja sam bez zastanowienia dał nogę z fabryki. Innym ciekawym działem był dział jakości. Była tam taka Pani kierownik, która do i z pracy jeździła taksówkami. Raz do roku robiła nam szkolenie z jakości. Bardzo ładnie opowiadała jak ta specyficzna produkcja leków powinna wyglądać. Niestety panie z produkcji szybko orientowały się, że chyba to mowa o innym zakładzie i próbowały opowiedzieć Pani kierownik jak sytuacja wygląda w rzeczywistości w nadziei, że wywrze ona na zarządzających jakąś presję, żeby sytuacja się poprawiła. Na to Pani kierownik bardzo się oburzała i robiła bury, jak one mogą tak mówić, że to one są odpowiedzialne a nie Ci, którzy wywierają na nie presję wyniku za wszelką cenę. Tak więc przestraszone panie z produkcji dawały spokój, a Pani kierownik przechodziła do dalszej części szkolenia i sprawa załatwiona. Parafrazując słowa piosenki: a produkcja toczyła się dalej...
Długo można by jeszcze opisywać co tam się działo, ale to temat na oddzielną pracę doktorską pod tytułem "koko jumbo i do przodu, czyli jak nie zarządzać zakładem produkcyjnym".
Jedyna naprawdę pozytywną rzeczą była życzliwość, zrozumienie i dobre stosunki wśród zwykłych pracowników. Oczywiście zdarzały się nieporozumienia, ale nic tak nie jedn