Wysil na chwilę wyobraźnię. Na Twoim osiedlu, centralnie pod całodobowym sklepem monopolowym rozstawia się stragan z bimbrem. Takim domowym, bez banderoli, akcyzy i innych staroświeckich naleciałości. Gość rozlewa księżycówkę z beczek bezpośrednio do butelek przyniesionych przez klienta.
- Tani alkohol - krzyczy. - Nowatorska metoda dystrybucji!
Ceny przystępne to i ludzi szybko zrobiło się pełno. Ale nagle z monopolowego wyskakuje pan Janusz. I od razu z mordą do straganiarza:
- Co Ty tu, k...a, robisz? Zwijaj się stąd. Dzwonię na policję!
Patrzysz na tę scenkę i co myślisz?
a) Pan Janusz zupełnie nie rozumie postępu. To tak jakby listonosz złościł się na e-maile.
b) Pan Janusz sprzedał mi kiedyś przeterminowane chipsy, a wczoraj nie wydał grosika. Dobrze, że pojawiła się jakaś konkurencja.
c) Niby fajnie, ale w sumie to nie dziwię się panu Januszowi. Straganiarz sprzedaje bimber bez podatków i bez licencji, a on musiał bulić miastu za pozwolenie na sprzedaż alkoholu, jego wszystkie butelki są obanderolowane, a wódka jest przez te wszystkie podatki cztery razy droższa od samogonu. Interes ledwo się kręci, a tu jeszcze wszyscy klienci uciekną teraz do tego bimbrownika. Nie ma szans z taką nieuczciwą konkurencją. Policja powinna zwinąć tego typa. Choć nie ukrywam, że wcześniej chętnie kupiłbym tanio jedną buteleczkę.
No więc jeśli się jeszcze nie zorientowałeś, chciałbym napisać Ci kilka słów o wczorajszym proteście taksówkarzy. A że wiem o tej sprawie prawdopodobnie więcej niż 99% piszących o niej dziennikarzy, to myślę, że warto poświęcić kwadransik.
Zacznijmy od tego, że uważam, że forma wczorajszego protestu była zła, nieprzemyślana i odniesie odwrotny od zamierzonego skutek. Skupmy się jednak na treści protestu, formę zostawmy póki co na boku. Dlaczego? Bo uważam, że gdyby nikt miasta nie blokował, a jedynie ustawił się grzecznie pod ministerstwem z małym transparentem to i tak poziom społecznego niezrozumienia tego problemu byłby taki sam jak dziś.
Przedstawiona we wstępie historia ze sklepem monopolowym to oczywiście analogia do rynku przewozów, na którym pojawiają się co chwila nowe formy nieuczciwej konkurencji, których najgłośniejszym, i najbardziej dotkliwym dla rynku jest firma Uber. Analogia może wydać Ci się odległa, ale to tylko Twoje mylne wrażenie. Postaram się obalić kilka mitów narosłych wobec tego zamieszania i wyjaśnić o co cała awantura. Dodam, że pisząc o Uberze, mam też na myśli inne, mniej znane firmy trudniące się nielegalnymi przewozami (jak eco taxi)
Mit pierwszy - Uber to innowacja
Prawda jest taka, że aplikacje iTaxi czy myTaxi umożliwiające zamówienie legalnych taksówek nie różnią się technologicznie niczym od Ubera. Lokalizowanie pojazdu i pasażera na podstawie GPS? Możliwość oceny kierowcy, zamówienia tego ulubionego? Trasa widoczna na telefonie? Możliwość płacenia kartą podpiętą do aplikacji? Z tego wszystkiego korzystają legalne taksówki. Mit o innowacji technologicznej to bzdura. Jeśli jakaś technologia nie jest wykorzystywana przez taksówki to wynika to nie z zapóźnienia, ale ograniczeń prawnych - jak choćby obliczanie należności przez GPS, a nie przez taksometr jak każą przepisy.
A może chodzi o innowację społeczną? Wdrożenie “ekonomii współdzielenia”? Nie. Ekonomia współdzielenia to mit założycielski Ubera. Nie wiem czy od początku zmyślony, czy po prostu nie zrealizowany. Ale opowieści o tym, że sensem tego startupu jest łączenie jadących gdzieś kierowców z jadącymi w tym samym kierunku pasażerami nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Rzeczywistość to kilkanaście aut wziętych w leasing przez pośrednika i zatrudnieni na nich Ukraińcy będący po 12 godzin dziennie w gotowości na podwiezienie klienta we wskazane miejsce. Dokładnie tak jak taksówkarze. Bo to są taksówkarze, tylko niezarejestrowani i niespełniający wymogów prawnych.
Mit drugi - Taksówkarze to monopoliści, którzy nie chcą konkurencji
Powiedzmy sobie najpierw trochę o “monopolu”. W Krakowie jezdzi ponad cztery tysiace taksowek a w dodatku liczba licencji nie jest ograniczona - każdy kto chce i spełni określone prawem wymogi może ją otrzymać. Ogromna większość z licencjonowanych taksówkarzy to jednoosobowe firmy. Firmy niezależne. Część zrzeszona w różnych korporacjach, choć określenie “zrzeszona” jest tu mylne, to raczej klienci tych korporacji, którzy płacą im spore pieniądze za możliwość jeżdżenia w ich barwach i korzystania z “radia”. Interesy korporacji i kierowców nie zawsze są zbieżne. Część kierowców zrzeszona jest również w różnych samorządach. Tu określenie “zrzeszona” jest już adekwatniejsze. Samorządów jest jednak kilka, mają różne zarządy, różne strategie. Żaden z nich, a nawet wszystkie razem wzięte nie zrzeszają większości taksówkarzy. Nie ma i zapewne nigdy nie będzie żadnego centrum zarządzania taksówkami. To gigantyczna grupa indywidualnych przedsiębiorców. Wbre