Andrzej z krakowskiej sekcji taksówkarskiej "Solidarność 80" twierdzi, że powstało błędne koło. - Klienci oczywiście cieszą się z niskich cen, ale coraz mniej osób chce ich wozić, bo się to przestaje opłacać. Więc w efekcie zaczynają cierpieć klienci, bo nie mogą zamówić taksówki - uważa Badocha. - Wkrótce może skończyć się tak, że taksówkami będą jeździć tylko emeryci, którzy płacą niższy ZUS. Według taksówkarzy, wojna cenowa między sieciami spowodowała, że w korporacji musieliby jeździć za marne grosze. Dlatego wiele osób zaczęło szukać innej pracy. - Zachowali jednak licencje i w miasto ruszają tylko w dogodnych dla siebie godzinach. Pracę na taksówce traktują jako dodatkowe zajęcie - tłumaczą nam kierowcy taxi. Coraz trudniej zamówić taksówkę Piątek wieczorem, plac Nowy. Stojąc przed jedną z restauracji, staramy się zamówić taksówkę. Oficjalnego postoju taxi wokół tzw. okrąglaka nie ma. Dzwonimy m.in. do sieci Barbakan, Icar i Mega Taxi. Wszędzie słyszymy "nie mamy aktualnie wolnego auta". Stanisław Grzybowski, prezes "Barbakanu" przyznaje, że regularnie muszą odmawiać klientom. - Przyczyn jest kilka, ale obecnie mamy ok. 500 kierowców, a kilka lat temu było ich 700 - przyznaje szef "Barbakanu" i dodaje, że z chęcią przyjąłby wielu nowych kierowców do swojej korporacji. Na stronach internetowych praktycznie wszystkich korporacji taxi widnieją oferty pracy. Co ciekawe, formalnie w ostatnich trzech latach w Krakowie taksówkarzy nie ubyło. - Obecnie w Krakowie jest wydanych 3983 licencji. Na koniec 2014 r. było ważnych 3929 licencji, na dzień 31 grudnia 2013 r. - 3934 licencji - wylicza Wiesław Szanduła z Urzędu Miasta Krakowa. Dane te nie oddają jednak faktycznej liczby jeżdżących po mieście taksówek. - Część z nich to tzw. martwe numery. Odkąd nie ma limitów wydawania licencji, zdobywają je np. pracownicy hoteli tylko po to, aby móc korzystać z buspasów, czy wjeżdżać tam, gdzie zwykły kierowca nie może - mówi Marcin Zych, szef "Radio Taxi 919", który również przyznaje, że z chęcią przyjąłby nowych pracowników. Chętnych wielu jednak nie ma. - Wojna cenowa między sieciami spowodowała, że musielibyśmy jeździć za marne grosze, dlatego wiele osób zaczęło szukać innej pracy i formalnie widnieją w statystykach jako taksówkarze, ale wożą klientów tylko w wybranych godzinach, traktując to jako dodatkowe źródło dochodu - tłumaczy Mirosław i zdradza, że kilka miesięcy temu odszedł z jednej z sieci. - W korporacjach trzeba płacić co miesiąc tzw. abonament sięgający nawet do pół tysiąca zł za to, że dostaje się zlecenia. Ja i wielu moich kolegów wolimy sami "łapać" klientów na postojach, niwelując koszty - dodaje. Andrzej Badocha z krakowskiej sekcji taksówkarskiej "Solidarności 80" twierdzi, że powstało błędne koło, w którym klienci cieszą się z niskich cen, ale coraz mniej osób chce ich wozić, bo się to przestaje opłacać. Opłaty, jakie co miesiąc musi ponieść taksówkarz sięgają ponad półtora tysiąca zł. - A w to wliczamy tylko ZUS 1100 zł i do 500 zł opłaty dla korporacji- mówi Andrzej Badocha. Do tego dochodzą koszty związane z eksploatacją samochodu, czyli różne naprawy, wymiany olejów itd., a nawet praktycznie codzienna myjnia. - Poza tym jeszcze benzyna, więc efekt jest taki, że wielu taksówkarzy ma problem, aby zarobić "na czysto" pieniądze pozwalające normalnie żyć - dodaje Andrzej Badocha. Z jednej strony brakuje więc taksówkarzy, a z drugiej przybywa potrzebujących ich klientów. - Obserwujemy wzrost o około 20 tys. zamówień miesięcznie, a to już dużo - mówi Sławomir Raś, współwłaściciel firmy ICAR. Podobnie w "Radio Taxi 919". - Ostatnio przyjmujemy o ok. 30-35 procent więcej zamówień - przyznaje Marcin Zych i argumentuje, że taksówki przez walkę o klienta oferują ceny konkurencyjne nawet w stosunku do MPK. Do tradycyjnego taxi wsiąść mogą bowiem cztery osoby. Za bilety komunikacji miejskiej zapłaciłyby łącznie ok. 16 zł. Za tę kwotę np. z Kazimierza można dojechać nawet w rejon Prokocimia. - A przepisy zabraniają pobierania dodatkowych opłat za to, że wiezie się klientów vanem. Wsiada sześć osób i składają się po mniej niż trzy złote za kurs - dodaje Marcin Zych. Taksówkarze twierdzą, że przy takich stawkach, w niektórych godzinach, nie opłaca się im wyjeżdżać na ulice. Tym bardziej, że w tzw. tanich sieciach nie są naliczane opłaty, gdy auto stoi w korkach. - W godzinach szczytu przebijamy się przez Kraków przez nawet godzinę, a za kurs mamy np. 20 zł. To nieopłacalne biorąc pod uwagę, ile benzyny spalimy. Dlatego wielu z nas myśli pragmatycznie i nie wyjeżdża wtedy na miasto - przyznaje taksówkarz zrzeszony w ICAR. Stanisław Grzybowski, szef "Barbakanu" dodaje, że zatory na ulicach potęgują problem z zamówieniem wolnej taksówki. W tej kwestii niewiele się jednak zmieni na lepsze, bo miasto już ma gotową długą listę ulic przeznaczonych do modernizacji do 2017