Pracowałam miesiąc i... nie miałam wyjścia, trzeba było się zwolnić, lub brać pod uwagę to, że psychicznie by mnie wykończyli. Bądź podłożyli tzw. świnię. Zacznę od tego, że aplikowałam na stanowisko pracownik administracyjno - handlowy. Po tzw. tygodniu próbnym, gdzie po pierwsze przeszłam ich zdaniem "szkolenie", które polegało na półgodzinnym, zwyczajnie nudnym (widać było, że panu już po raz setny nie chce się opowiadać o maszynach i to olewa) gadaniu przez serwisanta o maszynach do pakowania, o których przecieżnie miałam zielonego pojęcia. Można było się do tego o wiele bardziej przygotować i solidnie udzielić szkolenia podzielonego na etapy. I to był koniec szkolenia, z którego potencjalny pracownik dalej by nic nie wiedział. Dostałam jeszcze jakieś ulotki na temat sprzedawanych produktów (co się później okazało - nie do końca aktualne, tak samo jak dane na komputerze, na którym pracowałam). Miałam dzwonić do potencjalnych klientów. I dzwoniłam po kilkadziesiąt tel na dzień i notowałam w systemie treść rozmowy. Bardziej to był telemarketing, niż st. na które aplikowałam. Wspomnę jedynie, że z tą wiedza jaką mi przedstawiono, mogłam jedynie powysyłać ulotki na maila klienta. Następnie dostałam umowę, którą dano mi do podpisu po 2 tygodniowym okresie jak już tam pracowałam, mimo tego, iż dokument ten potrzebny mi byl natychmiast w celu wyrejestrowania się z urzędu pracy. Zmieniono mi stanowisko na umowie na doradcę klienta. Hmm mimo to podpisałam. Zarobek netto na umowie marny, plus premia wypłacana pod stołem raz na kwartał (powiedziano słownie). Podzwoniłam jeszcze jakiś czas, po czym miałam podobno zastępować koleżankę z sekretariatu i w tym celu panie z tegoż sekretariatu miały mnie szkolić. Panie te nie dośc, że bały się zwolnienia z pracy ( podobno pracodawca zwalnia jak mu wiatr zawieje w ucho ), to bardzo niechętnie przekazywały swoją wiedzę. Mimo to, że starałam się i wykonywałam polecenia szefostwa, odczuwałam notoryczne chamski podejście ze strony sekretariatu i próbę udowodnienia na siłę, kto tu jest lepszy. Długo takiej atmosfery nie wytrzymałam. I po raz pierwszy miałam z czymś takim do czynienia. Oprócz tego ciągłe donosicielstwo i obdadywanie siebie nawzajem. Poszlam do kierownika w celu dania wypowiedzenia. Kierownik jednak ku mojemu zdziwieniu nie zapytał się dlaczego chcę się zwolnić i nie przyjął wypowiedzenia, co powinien zrobić! Powiedział jedynie, ze powinnam dać je w przyszłym tygoniu prezesom, jak będą obecni w pracy. Mało tego, powiedziano mi, że mogę dac wypowiedzenie i juz do pracy nie przychodzić ( z dwutygodniowym wypowiedzeniem na umowie!). To podobno tam normalne, zwalniasz się, to zostajesz automatycznie odsunięty od obowiązków. Przyjechałam więc z wypowiedzeniem będąc na zwolnieniu lekarskim, na co mi oswiadczył znów ten sam kierownik (prezesi nagle zniknęli z firmy, mimo, że fizycznie tam byli i mięli ze mną rozmawiać ?? ) , że nie mogę dawać wypowiedzenia będąc na L4 (niestety nie doszkoliłam się w temacie, bo okazuje się ze mogę... ). Dano mi wypowiedzenie za porozumieniem, które podpisałam, a już na koniec kiedy powiedziałam co mi leży na sercu, kierownik stwierdził, że wie o tym jaka jest sytuacja w firmie, ale sam nie może z tym nic zrobić... Haha. Podsumowując : firma, jakby nie - firma, kierownik, jakby nie - kierownik i pracownicy, jakby - nie pracownicy, co rządzą kierownikiem. A prezesi mają ogolnie wszystko gdzieś, pojawiają się zainteresowani jedynie w momencie, jak kogoś zwalniają. Poza tym kłamstwo goni kłamstwo. Proponuję trzymać się z daleka. Pewnie mój post długo nie pożyje :)