Przepraszam za brzydką literówkę. Ponawiam wpis już prawidłowo.
Pracowałam w tej fundacji w 2008/09 roku zarówno w biurze - przy organizacji akcji zbierania pieniędzy w marketach, organizacji wycieczek i innych atrakcji dla dzieci - jak również wyjeżdżałam z dziećmi jako opiekun na akcje. Owszem szukaliśmy sponsorów, prawdą jest też, że wypłaty pracownicze były skromne i z pieniędzy zebranych przez fundację. Tylko dlaczego to kogoś dziwi? Przecież tak ma prawo działać fundacja. Niektóre fundacje zatrudniają tylko wolontariuszy i nie chcą płacić pensji, a ta płaciła najniższą krajową. Jeśli to komuś nie odpowiadało, to nie musiał podejmować tam pracy. Fundacja zatrudniała głównie młode osoby: studentów i absolwentów dla których była to w większości pierwsza praca. Sytuacja na rynku pracy była wtedy trudna, a ta fundacja dawała wielu ludziom szansę. Dla jednych to był staż np. w zawodzie grafika komputerowego, dla innych możliwość sprawdzenia się w roli organizatora, poznania i rozwijania swoich różnorakich talentów (plastycznych, muzycznych, pisarskich, językowych, pedagogicznych itp.), a dla niektórych wręcz szansa na przetrwanie. Rekrutacja była faktycznie nietypowa, bo trzeba było nie tylko powiedzieć o sobie, o swoich talentach i marzeniach, ale również opowiedzieć dowolną bajkę przed zebranymi specjalnie w tym celu pracownikami. Było nietypowo, kreatywnie i wesoło.
Z fundacją współpracowało wtedy wielu nauczycieli, głównie jako animatorzy na akcjach lub opiekunowie na wycieczkach. Współpracowaliśmy ze szkołami w całej Polsce. Szkoły wyznaczały nauczycieli do współpracy z fundacją.
Pomimo niskich zarobków i skromnych warunków jakie były wtedy w biurze (np. pracowałyśmy czasem po dwie przy jednym biurku i przy jednym komputerze), to praca ta dawała nam wiele satysfakcji i radości. Panowała rodzinna atmosfera wśród pracowników, mieliśmy dużo swobody i mogliśmy wykazać się kreatywnością. To nie były klimaty dla karierowiczów czy ludzi z wybujałymi ambicjami. Tacy sami szybko uciekali od nas. Szef starał się wszystkich zarazić swoją pasją pomagania ubogim dzieciom. Czasem myślałam, że ubodzy pomagają ubogim, ale dlatego mieliśmy poczucie misji i serce do tej pracy, zwłaszcza gdy widzieliśmy radość dzieci.
Na każdej akcji w markecie wolontariusze, tj. dzieci pakujący zakupy klientów i zbierający do puszek, otrzymywały poczęstunek, posiłek od fundacji, a po 2-3 akcjach dodatkowo fundacja zapewniała wolontariuszom jakieś atrakcje np. basen, kino itp. Dzieci wiedziały, że pomagają ubogim i bardzo były z tego dumne. My zaś wiedzieliśmy, że bardzo często na te akcje zgłaszały się właśnie te biedniejsze dzieci.
Raz na jakiś czas tj. min. 1- 2 razy w roku fundacja organizowała dla dzieci wielodniowe wycieczki połączone z licznymi atrakcjami. Fundacja prowadziła też na miejscu świetlicę i na pewno były opiekunki zatrudnione na etat.
W latach, kiedy ja tam pracowałam, fundacja tętniła życiem. Wiele dobrych rzeczy się tam działo. O jedno tylko mieliśmy pretensję do właściciela, a mianowicie o to, że po pewnym czasie wymieniał pracowników biurowych. Zaangażowaliśmy się w to wszysko i trzeba było odejść. Taki miał pomysł na fundację - ciągle nowi ludzie.
Tylko ci starsi, zasłużeni pozostawali długo. Myślę, że gdyby było tam tak źle, to nikt by nie żałował, że odchodzi z tej pracy.
Ja zawsze będę ciepło wspominać "Dziewczynkę z zapałkami" i wspaniałych ludzi jakich tam poznałam. Z niektórymi do dziś utrzymuję kontakt i wiem, że podzielają moją opinię na temat fundacji. Wiem, że dziś fundacja przeżywa jakiś kryzys, a szkoda.
Trzymam kciuki, żeby udało się jej przetrwać.