Wsiadam do samolotu serwisowanego w tej firmie, rozglądam się nic nie lata luzem.
Żadnych taśm. Żadnej szarej pianki upchanej w oknach. Żadnego: „prosimy nie dotykać, bo odpada”.
Wszystko przyklejone na Mamuta, czuć rękę fachowca.
Czułem się jak w salonie lotniczym, a nie w używanym Airbusie z '96.
Silnik?
Kultura pracy jak u sąsiada w Astrze II, jak przełączy na benzynę. IGŁA!
Samolot szedł prosto jak ksiądz po kolędzie żadnych drgań, żadnego ściągania na boki.
Pilot mówił, że spalanie po serwisie spadło o 5%, sugerował coś o redukcji masy, bo podobno zostało sporo śrubek…
ale tak naprawdę to efekt precyzyjnej kalibracji mieszanki powietrzno-paliwowej wynikającej z finezyjnej regulacji gaźnika, którego ten samolot nawet nie powinien mieć.
Gdybym miał porównać serwis Pana Ernesta do książki, to byłoby to „50 twarzy Greya”.
Ale nie przez pryzmat erotyki.
Nie.
Przez chorą obsesję na punkcie kontroli.
Gość z tej firmy nie „naprawia”.
On domin*uje.
Wchodzi do hangaru, patrzy na samolot i mówi:
„Rozbiorę cię… do ostatniego nita.”
I robi to.
W ciszy.
Z precyzją chirurga i spojrzeniem człowieka, który od dziecka smarował łożyska zamiast kanapek.