Bagsoff było jedną z pierwszych firm, do których aplikowałem na początkach swojej ścieżki zawodowej i została mi w pamięci z fatalnych powodów. Firmę znalazłem po zamieszczanych po taniości ogłoszeniach w portalach ogłoszeniowych typu OLX. Oferta była opisana jako stanowisko e-commerce/marketing i nawet brzmiała nieźle.
Trafiłem do biura, gdzie zostałem zaproszony do przeszklonej salki. Rozmowę miała prowadzić dwójka managerów. Mocno zdziwiłem się, kiedy osoby przyszły i rozsiadły się po przeciwległych rogach salki konferencyjnej. Aby zwracać się do jednej osoby, musiałem praktycznie odwrócić się bokiem do drugiej.
Początkowo rozmowa wydawała się okej, dowiedziałem się więcej o firmie, ale zaraz dano mi do zrozumienia, że realia stanowiska są trochę inne, bo dotyczą przede wszystkim wprowadzania danych i nie chodzi o dział marketingu. Kiedy delikatnie podpytałem o rozbieżność z treścią ogłoszenia, Project Managerka z działu e-commerce dosłownie wybuchła „Czy Pan jest w ogóle zainteresowany? Bo jeśli nie, to nie będziemy dalej rozmawiać i nie ma sensu tracić czasu”. Wow, zamknęło mnie, bo to raczej niespotykane w biznesie.
Sytuację rozładował trochę drugi PM – zdziwiony niewiele mniej ode mnie. Chwilę jeszcze porozmawialiśmy, ale widząc, że firma szuka kogoś na wklepywacza katalogów produktowych bez perspektyw rozwoju, dałem sobie spokój. Managerka do końca rozmowy wydawała się z jakiegoś powodu oburzona. Zawsze myślałem, że wyrażanie zainteresowania warunkami pracy i możliwościami rozwoju jest uniwersalnie dobrze postrzegane.
Ten agresywny wyskok został mi tak mocno w głowie, że do do tej pory przytaczam go jako historię najgorszego procesu rekrutacyjnego.
Do tej pory nie przebiła go także żadna rekrutacja, a od ogłoszeń firmy Bagsoff trzymam się stale z daleka.
Szkoda, bo przed zaaplikowałem do firmy, przyjrzałem się działalności i samej postaci właścicielki – obraz, który rysowały media, wydawał się bardzo interesujący i nie spodziewałem się, że w środku czeka mnie taka niespodzianka.