O tym, jak rodzina komendanta policji starła się z dwójką Ormian, których wzięła za Cyganów
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Prokuratura Rejonowa w Gryficach w Zachodniopomorskiem bada sprawę dwóch biznesmenów, którym lokalna policja zarzuca chuligaństwo. Sprawą, której nie zdołał rozwikłać miejscowy sąd, zainteresowała się już ambasada Armenii w Warszawie, pod lupę wzięło ją też biuro spraw wewnętrznych, czyli policja w policji.
Pozornie rzecz jest błaha. Wielkanoc 24 kwietnia br. była dla rodziny Hovsepyan dniem szczególnym, bo wypadła w dniu, w którym Ormianie na całym świecie obchodzą rocznicę rzezi dokonanej przez Turków w czasie pierwszej wojny światowej.
Także dla polskiej rodziny Ryczko nie była to zwykła Wielkanoc. Chrzcili długo oczekiwanego syna, który urodził się Jarosławowi, bratu Marcina, który z kolei jest komendantem komisariatu policji w Trzebiatowie. Wcześniej był komendantem w nadmorskim Rewalu - a tu się wszystko zaczyna.
Gdzie się pchacie Cyganie?
Bracia Hovsepyan nie wyglądają na chuliganów. Eleganccy, w dobrze skrojonych garniturach. Najwięksi podatnicy w powiecie. Ich firma handluje sprzętem, m.in. do pracy w ogródkach, w całej Polsce. Nigdy wcześniej nie mieli kłopotów z policją.
W Wielkanoc rodzina Hovsepyan (bracia z żonami, matką i trójką dzieci) wracała terenowym mercedesem z nadmorskiego spaceru po Rewalu. Po drodze mijali pensjonat Stachowiak, w którym odbywały się chrzciny w rodzinie Ryczko.
- Przed pensjonatem stał van chevrolet, tam jest tak wąsko, że blokował przejazd - opowiada Hrayr Hovsepyan. - Jacyś ludzie wnosili do niego rzeczy. W końcu zamknęli go i poszli. Mój brat Karen próbował ominąć samochód. Gdy zorientował się, że się nie zmieści, bo lusterka się zetknęły, zaczął się wycofywać. Wtedy jakiś mężczyzna - dziś wiem, że to Jarosław Ryczko - zaczął walić pięścią w dach naszego auta (zostały po tym wyraźne ślady). Dzieci się przestraszyły. Gdy opuściłem szybę, usłyszałem: "Gdzie się pchacie Cyganie?!". Pan Ryczko był pijany i wyzywał nas od "czarnuchów". Gdy wyszedłem z auta, dostałem cios w klatkę piersiową. Widząc to, mój brat wyszedł z auta, próbował go przytrzymać. Wtedy dostał w twarz, miał rozciętą skórę pod okiem. W odpowiedzi ja też uderzyłem tego człowieka. To mniej więcej cała awantura, która zatruła nam życie.
Bracia zachowali się jak na chuliganów nietypowo, bo wezwali policję, prosząc o pomoc. Według nich dyżurny policji rzucił do słuchawki: "Czy chodzi o tych Cyganów, bo mamy już zgłoszenie?".
Dwie osoby w rozmowie z "Gazetą" potwierdziły, że niektórzy uczestnicy chrzcin wyzywali ormiańską rodzinę. Podobno najbardziej agresywna była starsza pani.
Rażąco lekceważyli porządek
Według świadków mundurowi, którzy przyjechali pod Stachowiaka (policjant i funkcjonariusz straży granicznej) przywitali się z uczestnikami przyjęcia jak z dobrymi kolegami.
- Nie rozmawiali z nami, niczego nie chcieli wyjaśniać, widać było, że z góry założyli, kto jest winny - opowiada Karen Hovsepyan. - Obok chodził mężczyzna z tych chrzcin - teraz wiem, że był to komendant policji Marcin Ryczko - i straszył, że zaraz inaczej pogadamy.
Po chwili na miejscu pojawiło się dwóch tajniaków. Przywitali się z Marcinem Ryczką, a potem zajęli się braćmi Hovsepyan. Na oczach dzieci rzucili ich na maskę samochodu i skuli kajdankami. Potem zawieźli ich do komisariatu w Rewalu. Bracia twierdzą, że jeden z policjantów uzgadniał z kimś telefonicznie, jakie zarzuty ma im postawić. Przebadano ich na zawartość alkoholu we krwi. Wynik: zero.
Bracia pytali, dlaczego nie przebadano rodziny Ryczko biorącej udział w tej samej bójce, ale policjanci tylko ich wyśmiali. Obaj trafili do aresztów.
- Deski, koc nieprany od lat, smród po bezdomnych - wspomina Hrayr.
Następnego dnia dowiedzieli się, że w trybie przyspieszonym odpowiedzą przed sądem za chuligaństwo. Policja oskarżyła ich z przepisu, który został wymyślony jako narzędzie do walki ze stadionowymi bandytami złapanymi na gorącym uczynku. W tej procedurze nie ma pisemnego postanowienia o przedstawieniu zarzutów (stawia się je ustnie), w ciągu 48 godzin sprawa musi trafić do sądu, aby chuligan poczuł, że Temida błyskawicznie karze za "rażące lekceważenie porządku prawnego". Akt oskarżenia sporządza policja, nie prokuratura. W tym przypadku sporządzili go policjanci z Rewala, czyli byli podwładni i koledzy Marcina Ryczki.
Miał rozszerzone oczy
Brat i ojciec komendanta policji przedstawili się w gryfickim sądzie jako ofiary brutalnej napaści dokonanej przez Ormian.
Jarosław Ryczko powiedział przed sądem, że kiedy lusterko mercedesa Ormian dotknęło lusterka ich vana, on grzecznie zapukał w szybę auta Hovsepyanów. Ale od razu odszedł, bo Karen Hovsepyan opuścił szybę i był bardzo agresywny.