Tutlo to taki Uber tylko dla bycia lektorem. Masz bardzo elastyczne godziny pracy (dowolna pora od 7 do 22 bodajże), uczniowie są dobierani losowo (chyba że się z kimś umówisz, co jest niekorzystne bo uczeń może w każdym momencie, nawet minutę przed lekcją, odwołać), płatność masz za przepracowane minuty i wszystko jest generalnie bardzo "luźne" i "po twojemu" (z pozoru). Tylko że: musisz mieć swój i tylko swój sprzęt, swój czas, swój prąd, czas pomiędzy lekcjami (wpisywanie feedbacku, szukanie uczniów) nie jest płatny. No i brak jakichkolwiek praw pracowniczych: jako tutor jesteś dla Tutlo nikim, i to łatwo wymienialnym nikim. A sama płaca jest okropna, a podwyżki praktycznie nieosiągalne i losowo usuwane w ramach "reform".
Słowo klienta jest brane ponad twoje, zawsze. Raz dostałam maila od jakiegoś menedżera, że wpłyneła na mnie skarga. Spytałam się od kogo i jaka dokładnie, żeby móc może się dostosować i otrzymać konstruktywną krytykę. Powiedziano mi, że nie mam prawa tego wiedzieć. Co więcej, o czym nie ma mowy na rozmowie o prace, szkoleniu, lub gdziekolwiek w serwisie, istnieje wewnętrzny system oceny lektorów przez uczniów, od 0 (?) do 5 - jak średnia ci zejdzie poniżej 4,75 to dostajesz ostrzeżenie, że tak nie wolno i będą konswkewncje. Nie ma o tym mowy w żadnym momencie, dopóki takiego ostrzeżenia nie dostaniesz. Dowiedziałam się dopiero gdy w jednym miesiącu miałam 4,5. Jednak w przypadku gdy klient coś odwala, nie można nic zrobić. Pewnym razem na lekcji otrzymałam dziecko, które niesamowicie bardzo nie chciało się uczyć (wstawało do komputera, biegało po domu, a na wszystkie pytania odpowiadało "nie wiem", nawet jak było to słówko, które powiedziałam przed chwilą), a jego matka je zostawiła przed monitorem ze mną jako de facto niańką. Było widać na kamerce jak wraca z domu i, ciekawym przypadkiem, wraca gdy pozostała minuta do końca zajęć. Co ja mogę zrobić z czymś takim? Nic. Już nie mówiąc o fakcie, że nie mam kwalifikacji, żeby uczyć dzieci i nie chciałam tego robić, ale Tutlo nie pozwala w żaden sposób, aby ustalić preferowaną grupę wiekową.
Kursy ciągle się zmieniają i ciągle uczę czegoś innego. Pare miesięcy temu nagle zniknęły wszystkie kursy dla dzieci i były zastąpione nowymi. Wszyscy uczniowe, DZIECI, których dostawałam oczywiście nie miały o tym pojęcia. Ich postęp z kursów cofnął się do absolutnego zera i nawet nie możnabyło sprawdzić jaki był, aby odpowiednio dostosować nową lekcję. Same nowe kursy są obiektywnie gorsze i zawierają, na przykład, ćwiczenia ze słuchania, w których tekst jest czytany nie przez człowieka, a przez AI (!). I to liche AI, bo nieraz musiałam dziecku powiedzieć "ja też nie rozumiem co jest na nagraniu, po prostu przeczytam ci tekst". Pewnie w następnej iteracji lekcji, obrazy też będą wygenerowane komputerowo i będzie trzeba tłumaczyć 6-latkom dlaczego żyrafa ma 5 nóg.
Same kursy są też niskiej jakości, uczą dziwnych rzeczy i wydają się być stworzone, przynajmniej częściowo, przez osoby które nie umieją angielskiego i nie mają pojęcia o dzieciach. Błędy, literówki, niejasna treść, słowa niezwiązane z lekcją, słowa na o wiele wyższym poziomie niż lekcja, itp., pojawiają się zbyt często i zbyt często muszę mówić biednym uczniom "nie martw się, nikt tak nie mówi na co dzień". Niesamowicie duża część tekstów do czytania, tematów do dyskusji, lub nawet całych lekcji opiera się na starych, nieprawdziwych, lub niepotwierdzonych informacjach. Osobiście też nieznosze fragmentu lekcji dla dzieci, w którym wymaga się ode mnie zaśpiewać piosenkę, do której mam podany tekst, bez żadnej melodii, linku do melodii, lub możliwości dowiedzenia się jak mam ją śpiewać. I nie spotkałam jeszcze żadnego dziecka, które było podekscytowane na tą "zabawe". Większość, gdy spytana, przytakuje, że chce ją pominąć. Nic z tego mnie nie dziwi, klient jest tuż obok lektora na samym końcu priorytetów tej firmy.
I, jako ostatnie słowo, używanie "he or she" w kursach dla zawaansowanych powinno być karalne. Osoba na poziomie B2/C1, będąca w stanie płynnie mówić po angielsku, powinna być nauczona pojedynczego "they". Ciężko spotkać native speakera, który się nim nie posługuje.
Za to wszystko, masz jeden duży plus: pracujesz gdzie i kiedy chcesz. Jednak wyrobienie ćwierć etatu w tej pracy to wyczyn, bo przez to wszystko 20 minutowa lekcja tu, męczy bardziej, niż godzinna gdzie indziej. Nie polecam, chyba że zależy ci żeby dorobić trzycyfrową sumkę.