Byłam w tej firmie na rozmowie kwalifikacyjnej i to, co się wydarzyło później, to jeden wielki nieśmieszny żart.
Rozmowa była przeprowadzona przez panią kierownik działu oraz panią, która z tego co pamiętam, zajmuje się m.in. HR. Tutaj pełen profesjonalizm, panie bardzo uprzejme, opowiedziały szczegółowo o firmie, a pytania były adekwatne do stanowiska, na które odbywała się rekrutacja. Na koniec rozmowy dostałam informację, że w przeciągu kilku dni zostanę powiadomiona o decyzji, i faktycznie tak było – po kilku dniach otrzymałam telefon z informacją, że pani kierownik zdecydowała się nawiązać ze mną współpracę. Ponieważ było to zaraz przed dwutygodniową przerwą wakacyjną firmy (o której panie informowały mnie już na rozmowie), kolejny kontakt był po ponad dwóch tygodniach. W tejże rozmowie telefonicznej pani z biura zaprosiła mnie na spotkanie, na którym pani kierownik oprowadzi mnie po firmie, a następnie odbędzie się spotkanie z dyrekcją zakładu. Spotkanie miało odbyć się w kolejnym tygodniu.
Udałam się na ww. spotkanie, biorąc specjalnie na tą okoliczność dzień wolny w obecnej pracy. Pani kierownik, zgodnie z zapowiedzią, oprowadziła mnie po firmie, pokazała wszystkie działy, omówiła poszczególne procesy. Następnie zaprowadziła mnie na spotkanie z zarządem i tutaj już zaczyna się ciekawa część historii, bo zaczęło to wyglądać nie jak rozmowa o warunkach zatrudnienia, a raczej jak drugi etap rekrutacji, co mnie zbiło trochę z tropu. „Proszę powiedzieć coś o sobie, a dlaczego chciałaby Pani u nas pracować, a dlaczego nie tu czy tam”. Lekko zdziwiona (czy Wy ze sobą nie rozmawiacie, czy nie ufacie swoim kierownikom?) odpowiedziałam na pytania, rozmowa trwała kilka minut, po czym dostałam informację, że państwo muszą się jeszcze naradzić i odezwą się do mnie niedługo z informacją. W tym momencie zapaliła mi się już czerwona lampka i przeczucie mnie nie myliło – po dwóch dniach dostałam telefon z informacją, że niestety, uwaga, szwajcarski zarząd (polski oddział zatrudnia ponoć 130 czy 140 osób, ma swój zarząd, a zatrudnienie szeregowego pracownika musi być konsultowane ze Szwajcarią?) nie zgodził się na zatrudnienie mnie z uwagi na zbyt niskie kwalifikacje.
Zastanawiam się, czy to ja mam problem z rozumieniem języka polskiego, więc każdej czytającej to osobie zadaję pytanie: co byście pomyśleli, słysząc informację, że ktoś podjął decyzję o nawiązaniu z Wami współpracy? Że sprawa jest już przyklepana, czy że jeszcze przed Wami kolejna część przekonywania ludzi, że się nadajecie na dane stanowisko?
Oczywiście, ja zinterpretowałam to w pierwszy sposób, więc poinformowałam swojego szefa, że mam takie spotkanie, żeby uprzedzić go wcześniej o możliwej konieczności reorganizacji pracy i ewentualnej chęci rozwiązania umowy za porozumieniem z mojej strony. Całe szczęście, że nie wpadłam na pomysł, żeby się od razu zwolnić (w końcu na rozmowie na pytanie o możliwą datę zatrudnienia dostałam odpowiedź, że najlepiej max do 18. sierpnia – nadmienię, że drugie spotkanie odbyło się 11., a telefon z ostateczną decyzją otrzymałam 13.). Teraz co prawda szef patrzy na mnie spod byka, ale przynajmniej mam jeszcze gdzie pracować.
Po wstępnym ochłonięciu stwierdzam, że biorąc pod uwagę model zarządzania tej firmy chyba lepiej dla mnie, że tak wyszło, szkoda tylko, że przez całą tą sytuację zmarnowałam prawie miesiąc, który mogłam spędzić na poszukiwaniu pracy, dzień z puli urlopowej oraz że wpakowali mnie na minę. Może główny zarząd lubi marnować czas swoich pracowników na spotkania z ludźmi, których potem i tak nie zatrudnią, ale ja swój szanuję znacznie bardziej i nie lubię takiego niepoważnego traktowania.
Osobom, które zdecydują się na wzięcie udziału w jakiejkolwiek rekrutacji w tej firmie, mogę doradzić tylko, żeby czekali najlepiej do momentu, aż będą mieli umowę w ręku, zanim zwolnią się z poprzedniej pracy lub przynajmniej wspomną, że planują zmianę, bo wcale takiego ciśnienia na szybkie zatrudnienie nie mają, a możecie się zdziwić jak ja.