Drodzy czytelnicy Gowork, konsultancji i nie tylko,
Jeśli choć przez chwilę rozważaliście rozpoczęcie swojej przygody z tą agencją, to poszukajcie dalej. Naprawdę, szkoda zdrowia, siwych włosów i godzin spędzonych na kozetce u psychiatry. Początki są bajkowe, atmosfera jak z prospektów międzynarodowych korporacji, ludzie uśmiechnięci, przyjemny onboarding itp.
Jednakże są to jedynie dobre złego początki...
Od sierpnia 2010 roku Dfusion nie wypracowało żadnego konkretnego kierunku rozwoju. Do tego niespójne decyzje zarządu i powolne wykruszanie się dużych klientów sprawiają, że sytuacja wewnątrz przypomina hybrydę korpokołchozu z Januszexem.
Szefowie działów i kierownicy sektorów wcale nie są lepsi i bardzo często zapominają o tym, że ryba psuje się od głowy. W miejsce współpracy wchodzi mikrozarządzanie, a niektóre zachowania kadry menedżerskiej balansują na granicy mobbingu i niestety, przekraczanie jej jest powszechne. Istnieje tu instytucja cichego sygnalisty, jednak przesłane tam niepokojące sygnały często końcą jako lolcontent prezesów. Tu nawet nowo powołana Komisja Etyki PR przy ZFPR wzruszyłaby ramionami.
Atmosfera robi się coraz cięższa, a presja wzrasta do poziomu, w którym nie zdziwi nikogo, jeśli wkrótce zaczną się rozliczenia z czasu spędzanego w toalecie lub z ilości zużytej przez osobę konsultancką wody. Awans i rozwój? Owszem, tylko jeśli jesteś wystarczająco elastyczny, by z gracją przecisnąć się tam, gdzie słońce nie dochodzi i jeszcze pochwalić się inicjatywą.
Kto tu pracował, ten już się nie dziwi niczemu. A jak kiedyś trafi do cyrku – to raczej nie po to, żeby się pośmiać.
Z agencyjnym pozdrowieniem