Zakończyłem współpracę z firmą Bysewo Kolor. Było to doświadczenie, które trudno pomylić z czymkolwiek innym – głównie dlatego, że niewiele organizacji decyduje się aż tak konsekwentnie zastępować rzeczywistość narracją.
Publikuje tę opinię świadomie, uznałem, że nie chcę już brać udziału w tym spektaklu – zwłaszcza w roli statysty odpowiedzialnego za budowanie dekoracji.
Moje wcześniejsze pozytywne opinie (m.in. jako „Handlowiec Europa”) nie były efektem spontanicznego zachwytu. Były elementem dobrze wyreżyserowanej kampanii wizerunkowej, w której pracownik – jak się okazuje – pełni również funkcję działu marketingu. Proszę o ich usunięcie.
Warunki pracy tej zimy miały w sobie coś z eksperymentu społecznego. Biuro w temperaturze około 10°C oraz okresowy brak bieżącej wody pozwalały docenić, jak niewiele potrzeba, by zatęsknić za standardami XXI wieku. W takich realiach pracowała m.in. Pani M., po zabiegu medycznym – co najlepiej pokazuje, jak elastycznie firma podchodzi do pojęcia „warunki pracy”.
W księgowości stosowano model zarządzania oparty na bodźcach emocjonalnych. Pani A. była regularnie doprowadzana do łez – zapewne w ramach strategii zwiększania zaangażowania. Telefony po godzinach, ciągła kontrola – wszystko to skutecznie budowało poczucie, że praca nigdy się nie kończy, a odpoczynek pozostaje pojęciem czysto teoretycznym.
Na magazynie wdrożono natomiast program „wydajność ponad fizjologię”. Kierownik, Pan T., pracował godzinami w mrozie, realizując obowiązki, które w innych firmach wymagałyby zespołu i zaplecza technicznego. Tu do dyspozycji pozostawało m.in. odśnieżanie około 5000 m² – przy użyciu jednej łopaty.
System motywacyjny również potrafił zaskoczyć. Premia Pana T. mogła zniknąć – szczególnie w sytuacji, gdy po sześciu godzinach bezskutecznej walki ze śniegiem i lodem konieczne było wezwanie pomocy drogowej do wyciągnięcia ciężarówki dostawcy. Inicjatywa – jak widać – ma swoje granice.
W pewnym momencie właściciel postanowił pójść o krok dalej i zakręcił Panu T. gaz. Uzasadnienie było spójne z filozofią firmy i przekazane bezpośrednio: skoro człowiek jest w ruchu, to przecież nie potrzebuje ciepła. Dodatkowo padła cenna uwaga, że myszy również nie wymagają komfortu termicznego.
Myszy zresztą stanowiły stały element środowiska pracy – przez lata funkcjonowały na magazynie jak u siebie, swobodnie przemieszczając się po firmie i biurach. Ich aktywność przekładała się na częste problemy zdrowotne wśród pracowników, w tym dolegliwości żołądkowe. Trudno powiedzieć, czy był to element polityki sanitarnej, czy raczej jej autorska interpretacja.
Styl zarządzania można streścić jednym hasłem: „ile pieniędzy, ile, ile”. Ile dzisiaj, ile jutro, ile w tym tygodniu. Towarzyszy temu nieustanne sprawdzanie telefonu, czy przelew od klienta już wpłynął – co nadaje procesowi nerwowej dynamiki. Kilka razy w tygodniu właściciel od lat odgrywa swój osobisty „chocholi taniec” z cyklu „zamykamy firmę”, zachowując przy tym pełną dwubiegunowość w działaniach.
Pracownicy są przy dowolnej okazji ze sobą konfrontowani i naprowadzani na siebie, co skutecznie eliminuje ryzyko powstania zaufania.
Dodatkowo właściciel i jego syn rozwijają aktywność w obszarze komunikacji nieformalnej – powielając plotki o pracownikach i wykorzystując je w praktyce zarządczej. Jednocześnie prezentują się jako oczytani, przenikliwi liderzy i – jak można odnieść wrażenie – naturalni kandydaci do Oscarów. W praktyce przypomina to raczej przedstawienie, w którym ambicja znacząco wyprzedza kompetencje.
Firma systemowo wykorzystuje pracowników do tworzenia pozytywnego obrazu w internecie, co czyni publikowane opinie raczej elementem strategii marketingowej niż wiarygodnym źródłem informacji.
W relacjach z klientami zagranicznymi stosowana jest równie kreatywna interpretacja rzeczywistości. Produkty objęte gwarancją krajową prezentowane są jako posiadające pełną ochronę międzynarodową. W praktyce prowadzi to do sytuacji reklamacyjnych, które pozostają nierozwiązywalne – co można uznać za interesujące podejście do obsługi klienta.
W trakcie współpracy pojawiały się również wyniki audytów oraz dane finansowe, które wskazywały wprost, że model biznesowy ma ograniczoną zdolność do funkcjonowania – nawet w warunkach teoretycznych.
Zamiast jednak uznać te wnioski, właściciel konsekwentnie kontynuuje obrany kurs. Można odnieść wrażenie, że stoi na peronie, podczas gdy pociąg odjechał kilka lat temu – i mimo to nadal próbuje go dogonić, najlepiej angażując w to kolejnych ludzi. Oczywiście z pełną gotowością do obarczania ich odpowiedzialnością za porażki w z góry przegranej grze, pozbawionej strategii i realnego planu.
Zdecydowałem się odejść, pozostawiłem jednak ludzi, którzy nadal funkcjonują w tych realiach. Jeżeli ktoś rozważa współpracę z firmą warto pamiętać o faktach.
A to, coś wydarzyło się w Kołobrzegu po zawodach z Panem Rybakiem… niech pozostanie materiałem dla tych, którzy z taką konsekwencją zajmują się cudzym życiem.