Niestety nie mam dobrych wspomnień związanych z tą kliniką i podejściem personelu jak i samego szefa, który mam wrażenie ma w poważaniu klienta i to, kogo zatrudnia w klinice. Proszę przeczytajcie wszystko, bo najlepszy absurd jest na koniec. Generalnie zostawiłam tam około 1500zł, co nie jest ważne, bo zostawiłabym każde pieniądze byleby ratowali moją kotkę, – czego NIE ZROBILI.
Zaczęło się od tego, że zawiozłam do kliniki lancet moją kotkę - zaraz potem jak zorientowałam się, że zdarzył się wypadek, spadła z 6 piętra. Po dotarciu na miejsce pani z recepcji wzięła moją kotkę i zaniosła ją do dyżurującej lekarki. Nie mogłam pójść tam, nikt mnie nie zaprosił, żebym widziała, jakie rzeczy są robione i po co. Dopiero po jakiś czasie pani z recepcji zaprosiła mnie do pokoju gdzie była lekarka, już bez mojej kotki. Mówiła, ze najlepiej zostawić kotkę na hospitalizacji, żeby porobić wszelkie potrzebne badania, bo przy upadku z takiej wysokości obrażenia z nim związane, mogą się pojawić później. Bez wahania się zgodziłam. Powiedzieli, że skontaktują się ze mną wieczorem. Wieczorem okazało się, że ma problemy z wątrobą, ale powiedziano mi również, że wątroba jest organem, który się szybko regeneruje, i badania będą powtórzone rano. Kolejnego dnia otrzymałam telefon, że stan kotki się poprawił i mogę ją odebrać. Przyjechałam koło godziny 9tej rano.
Kota wydawała mi recepcjonistka, a na pytanie czy mogę porozmawiać z lekarzem usłyszałam odpowiedz, że lekarz już skończył dyżur.
Moim pytaniem w tym miejscu jest - czemu żaden inny lekarz nie wyszedł ze mną porozmawiać, albo wyjaśnić, co zostało jej dokładnie zrobione, albo jak należy ją pielęgnować? Nic nie zostało mi wyjaśnione.
Pani z recepcji, (co jest dla mnie żenujące) tłumaczyła mi zalecenia lekarza, które były wydrukowane na kartce. Na moje pytanie czy ma być stosowana jakaś specjalna dieta usłyszałam, że nie, więc wieczorem dałam jej małe kawałki surowego kurczaka.
Następnego dnia w poniedziałek rano Krysia zaczęła się hiper-wentylować. Niezwłocznie pojechałam z nią do kliniki i tutaj spotkam jakże "wspaniałego" "dr" Łukasza Matza, który po osłuchaniu Krysi i podobno zrobieniu zdjęcia rentgenowskiego, (którego na oczy nie widziałam), stwierdził, że nie ma, po co zostawiać Krysi na obserwacji, że ten oddech jest z powodu bólu.
Moja kotka zmarła już na rękach innego weterynarza w 5h po wizycie w lancecie. Nie zdążyłabym z nią dojechać, więc widząc, co się z nią dzieje udałam się do najbliższego wet. Okazało się, że jej płuca w 60% były zajęte odmą. Jeszcze przed udaniem się do drugiego weterynarza dzwoniłam parokrotnie do kliniki słysząc znowu - że to pewnie tylko bólowe i dopiero jak zaczęłam mówić, że moim zdaniem jest gorzej - to poprosili, żeby, wysłała im filmiki jak oddycha, (co to w ogóle ma być za praktyka dziwna?) Najpierw kazali mi wysłać na pocztę, z której nie byli w stanie ich odtworzyć, wiec wysalam im je na messngera. Ta cała sytuacja jest naprawdę żałosna ze strony kliniki.. Szczególnie ze byli świadomi, że kot jest powypadkowy i każda minuta może się liczyć.
Od drugiej weterynarz (która od razu pokazała mi rentgen płuc Krysi) dowiedziałam się, że jedzenie, które podałam jej w niedziele zostało niestrawione i dodatkowo podczas ratowania jej życia zwymiotowane i kotka się nim zakrztusiła. Weterynarz powiedziała, że jest to niemożliwe, żeby wcześniej nie było widać czegoś, co by wskazywało na możliwość rozwinięcia się odmy.
Po całej sytuacji zadzwoniłam do kliniki żądając wyjaśnień, dlaczego taka a nie inna decyzja została podjęta przez pana Matza. W końcu doczekałam się telefonu- godzinę później od umówionej, i oczywiście tłumaczenie z ich strony wszystko zostało zrobione poprawnie, pan menager nie wziął pod uwagę, że dr Matz jest sam przyzna się do popełnionych błędów, w późniejszej rozmowie ze mną.
część druga w następnym poście.