Dzień dobry wszystkim, mam na imię tak jak powyżej i pracowałem w tej firmie prawie 3 lata - w administracji, jako tak zwany "specjalista ds. przygotowania produkcji". Myślę, że mam całkiem dobry pogląd na sytuację pracownika w tej firmie przynajmniej do niedawna (pracowałem tam bodajże do połowy lutego tego roku). Znałem sytuację zarówno w biurze jak i na produkcji, gdzie bardzo często byłem gościem i przy okazji trochę widziałem lub słyszałem. Na wstępie dodam, że żadnej z niżej opisanych praktyk nie doświadczyłem do tej pory tam, gdzie obecnie pracuję od prawie pół roku.
Produkcja: Wynagrodzenie zawsze przychodzi w terminie (zdarza się czasami dzień lub dwa później), współpracownicy są przeważnie życzliwi i tyle pozytywów. O wysokości wynagrodzeń się nie wypowiadam - każdy przecież ustala swoje. Nadgodziny były przymusem (jeśli było co robić), a odebrać je można było w naturze tylko wtedy kiedy Prezes pozwolił (często z miesiącami opóźnienia). Niekiedy bywało tak, że po prostu wywieszano ogłoszenie typu: od jutra pracujemy po 10 godzin, do odwołania. Pod koniec mojej kadencji coś zaczynało się dziać w kwestii odbioru nadgodzin, chyba nawet ku lepszemu, ale niestety szczegółów nie znam. Hala wypełniona była emanacją zdecydowanego braku szacunku Prezesa i przełożonych do pracowników. Moim zdaniem krzyki, wyzwiska i określenia typu "leń" czy "brudas", wcale nie sprawią, że ludzie będą chcieli bardziej i lepiej pracować, albo że dzięki temu tym razem na pewno nie zapomną zdać ubrań do pralni. Hasła Prezesa na zebraniach typu "przeczytanie rozkładu jazdy na dworcu to dla was wyzwanie" są również nie na miejscu - nie są ani błyskotliwe, ani zabawne, ani też w rzeczywistości niczemu nie służą. Komedią swojego rodzaju było polecenie kierownika wydane mistrzom, by chodzili po produkcji i jak najwięcej machali rękami bez celu - bo Prezes bardzo lubił patrzeć w kamery i wtedy ma poczucie, że coś robią. Były też "motywujące" praktyki jak wywieszanie przy wejściu listy nazwisk z ilością popełnionych błędów w danym przedziale czasowym. Na pocieszenie dodam, że wywieszane na tablicy procentowe wyrobienie normy przez pracowników nie jest wcale dokładnie wyliczone przez kierownika - komu brakuje temu podciąga do około 90%, ze strachu przed Prezesem oczywiście.
Biuro: Gdyby atmosferę strachu dało się pomierzyć jakimś urządzeniem, to tutaj osiągałaby absurdalne wartości. Obligatoryjne zebrania pracowników administracji odbywały się średnio dwa razy na tydzień i trwały po około 2-3 godziny. Kiedyś najdłuższe trwało chyba coś ponad 4. Na zebraniu – przesłuchania (wyraz dobrany bez przesadyzmu), szukanie winnych i wzajemne oskarażanie, zamiast skupianie się na rozwiązaniach problemu. Najbardziej mnie bawi do tej pory to, że i tak nikt nigdy nie wykonuje tych poleceń, które padają na zebraniu, bo albo nie mają kompletnie sensu, albo są na chwilę obecną niewykonalne. Każdy więc i tak robi swoje, a firma jakoś się kręci bez sternika (może dlatego właśnie nadal jeszcze istnieje). Czasami dla rozluźnienia słuchaliśmy wątpliwie zabawnych dowcipów (niektórzy "agenci wywiadu" Prezesa nawet klaskali po tych żartach, słysząc je trzeci raz), albo o przekonaniach politycznych szefa. Bardzo lubił "donosicieli", byli wyraźnie faworyzowani na zebraniach i ogólnie na forum firmowym złego słowa o nich nie mówił. Szkoda tylko że bez wzajemności, bo właśnie ci najwięksi wazeliniarze opowiadali mi o Prezesie rzeczy, które nawet ja określiłbym jako szczeniackie walki słowne dzieci z podstawówki przesycone wulgaryzmami. Należy wspomnieć, że na zebraniach Prezes wręcz upokarzał przy publice swoich "ulubieńców", ot taki pokaz mocy i władzy. Wielokrotnie padały na nich rozkazy o treści "masz przyjść w sobotę, bo zabiorę Ci 500 złotych z wynagrodzenia", albo "masz siedzieć w pracy aż robota zostanie skończona, nie jesteś dozorcą żeby wychodzić po 8 godzinach". Przyznaję zgodnie z prawdą, że nie zdarzyło mi się zostać ukaranym w ten sposób. Ale ten kto się uginał, siedział nawet do godziny 19 czy 20. Niby nie szkodzi czasem zostać dłużej, ale przez cały czas jaki tam pracowałem, nie dostałem ani złotówki za nadgodziny. Prezes nie chciał nawet słyszeć o wypłacaniu nam nadgodzin w administracji, bo jego zdaniem "i tak płacił nam zbyt dużo". Soboty były odbierane jak nadgodziny na produkcji, tyle że trochę łatwiej się to egzekwowało. W biurze panowały podwójne standardy - niektórzy nie musieli robić kompletnie nic, podczas gdy inni byli dzień w dzień przesłuchiwani i w ich kierunku padały absurdalne żądania. Wszelkie próby poprawy warunków pracy kończyły się na rozmowach z Wiceprezesami, którzy owszem - słuchali, ale chyba każdy krok w celu zmiany tych "procedur" były skutecznie wetowane przez Głowę Firmy.
Na chwilę mojego odejścia z firmy – nie mógłbym nikomu polecić pracy w tej firmie na jakimkolwiek stanowisku, chyba że ktoś jest uzależniony od adrenaliny. Polecam odczekać kilka lat, aż do zmiany władzy – wtedy może rządzenie zastąpi zarządzanie.