Reforma edukacji miała doprowadzić do masowych zwolnień nauczycieli. Póki co nic takiego nie ma miejsca. Co więcej, okazuje się, że w porównaniu do ubiegłego roku szkolnego, etatów dla pedagogów przybyło. Nie oznacza to jednak, że korzystna koniunktura będzie trwać wiecznie.

Zwolnień brak

Likwidacja gimnazjów, przywrócenie 8-letniego cyklu kształcenia w szkołach podstawowych, 4-letnich liceów oraz 5-letnich techników – to tylko część zmian wprowadzanych w ramach reformy edukacji. Wielokrotnie można było usłyszeć głosy, że doprowadzi ona do masowych zwolnień wśród nauczycieli. Jak się jednak okazuje, nic takiego – póki co – nie ma miejsca. Dziennik Gazeta Prawna zwrócił się do Ministerstwa Edukacji Narodowej z prośbą o zbadanie danych z Systemu Informacji Oświatowej. Czym jest wspomniany system? To baza danych zawierająca informacje pochodzące ze wszystkich szkół oraz placówek oświatowych w Polsce. Dotyczą one m.in. liczebności uczniów oraz nauczycieli. Jak podaje DGP w bieżącym roku szkolnym ilość etatów dla pedagogów nie tylko nie zanotowała prognozowanego przez wielu gigantycznego spadku, lecz wzrosła.

Problem pojawi się za 2 lata?

W porównaniu do ubiegłego roku, liczba nauczycieli zwiększyła się o ponad 17 tys. Jak tłumaczy rzecznik prasowy MEN Anna Ostrowska: nauczyciel pełnozatrudniony to ten, który ma cały etat w jednej szkole, a nie w kilku. Ich liczba wzrosła o 17 183, a w przeliczeniu na osoby o 17 476. To jednak nie jedyna zmiana. Na jednego belfra przypada również większy wymiar godzin niż przed reformą. DGP przytacza wypowiedź Sławomira Wittkowicza, szefa Branży Nauki, Oświaty i Kultury Forum Związków Zawodowych: nauczycielom przyznawane są dodatkowe godziny w świetlicy, a także inne zajęcia z zakresu pomocy psychologiczno-pedagogicznej. Trzeba za nie dodatkowo płacić i ujmować w wymiarze etatów. Jego zdaniem problem może pojawić się wraz z całkowitym wygaszeniem gimnazjów, czyli już za 2 lata. Nie brakuje również głosów, że MEN nie podaje prawidłowych danych, doliczając do wspomnianego już wzrostu również pedagogów przebywających na urlopach np. macierzyńskich, wychowawczych i rodzicielskich. Resort edukacji przyznaje, że faktycznie ma to miejsce. Wynika to jednak z metodologii, którą gromadzone są dane do SIO. W stosunku do poprzedniego roku, liczba pedagogów na urlopach wzrosła o ponad 1,1 tys.

Czy przeciwnicy reformy mają rację?

Na prośbę DPG, resort podał informacje dotyczącą wzrostu etatów nie uwzględniając nauczycieli przebywających na urlopach oraz zwolnieniach. Po takich obliczeniach okazało się, że w oświacie pojawiło się niemal 16 tys. etatów więcej niż przed rokiem. Statystyki MEN nie przekonują jednak przeciwników reformy. Według nich mała ilość zwolnień jest efektem skorzystania przez wielu pedagogów ze stanu nieczynnego. Przez pół roku pobierają oni wynagrodzenie oraz pozostają do dyspozycji dyrektora, czekając aż pojawi się wolny etat. Dziennik dodaje, że bardzo często pojawia się również zarzut, jakoby dużo więcej pedagogów niż przed rokiem przeszło na wcześniejszą emeryturę lub skorzystało z prawa do pobierania świadczenia kompensacyjnego. Okazuje się, że różnica nie jest jednak duża. W ubiegłym roku szkolnym z takiej możliwości skorzystało 7301 nauczycieli, w tym z kolei było to 9193 osób. Prawdziwy jest natomiast argument, że wzrosła liczba pedagogów, którzy muszą uzupełniać etaty. W bieżącym roku szkolnym jest to 7173 pedagogów, w minionym natomiast ta liczba wynosiła 4573 osoby.