Żałuję, że przed wizytą we wrocławskim oddziale (drugi etap rekrutacji) nie przeczytałem opinii o ich praktykach. Powiedziano mi, że spotkam się z samym Panem Dyrektorem, więc spodziewałem się rozmowy 1:1, a nie… castingu do telezakupów.
Zdziwienie numer jeden: na tę samą godzinę zaproszono kilku innych kandydatów. Zdziwienie numer dwa: wszyscy trafiliśmy do jednego pomieszczenia, podpisaliśmy listę obecności (już wtedy zapaliła mi się pierwsza lampka), po czym Pan Dyrektor odpalił… prezentację produktową. I to taką z gatunku „tylko dziś”, poziom sprzedaży drogich garnków albo cudownych blenderów z lat 90.
Przez moment czułem się jak statysta w kiczowatym serialu z TVN w stylu „Trudne Sprawy” – brakowało tylko dramatycznej muzyki w tle. Coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że zbiorowa rekrutacja, lista obecności i wspólna prezentacja nie są dziełem przypadku, a raczej stałą praktyką: zbieranie danych, sondowanie potencjalnych klientów i delikatna indoktrynacja przed kolejnymi „etapami”.
Wisienką na torcie było stwierdzenie Pana Dyrektora, że największe szanse sprzedażowe mamy, wciskając produkty… własnej rodzinie i znajomym. W tym momencie mój wewnętrzny doradca kariery powiedział: uciekaj.
Wyszedłem w trakcie. Co ciekawe, nie można tak po prostu wyjść – potrzebny jest elektroniczny identyfikator (są na to paragrafy), więc Pan Dyrektor osobiście odprowadził mnie do drzwi, niczym ochroniarz w klubie VIP.
Bilans: kilka godzin straconego czasu, zero rozmowy rekrutacyjnej i silne poczucie, że uczestniczyłem w czymś skrajnie nieetycznym. Nadal zastanawiam się, co zrobić z tym dalej – poza ostrzeżeniem innych, żeby przyszli tam z dystansem… i najlepiej bez nadziei na normalną rekrutację.