Jak wspomniało parę osób - największą zaletą pracy dla Kinguina są... współpracownicy. Zespół młody, ogarnięty, przyjacielski - atmosfera jest świetna.
Ale.
Zarobki? Słabe. Niewiele ponad 2 tysiące "na rękę", nawet na stanowiskach pseudo-kierowniczych. Podwyżki? Krążą plotki, że ktoś kiedyś je dostał. Kto i kiedy - nie wiadomo. W trakcie rozmowy z bezpośrednim przełożonym jesteś informowany że "podwyżka to tylko kwestia czasu" (ba - że "podwyżka jest już załatwiona i zaraz robimy aneks do umowy"), by później dowiedzieć się że nie masz na co liczyć. I tak w kółko.
Wymagania? Olbrzymie - firma nieustannie zmusza pracowników do wypełniania coraz mocniej wyśrubowanych "limitów", na dodatek kompletnie ignoruje fakt, że... pracowników "liniowych" jest po prostu za mało - więc są oni stawiani w sytuacji gdzie nie dość że muszą śrubować "limity" to, na dodatek, muszą nadrabiać braki wynikające z nieobsadzonych etatów. Zgaduj-zgadula - kto dostaje po twarzy jeśli "norma" nie jest wykonana? Kierownictwo, odmawiające zatrudniania nowych ludzi ("bo nie są potrzebni") czy może pracownicy liniowi?
Kierownictwo? Zdarzają się jednostki wybitne, ale większość... cóż - niekompetencja, buta, chęć karania za najmniejsze, często totalnie wyimaginowane "przewinienia" - trzy grzechy główne. Jeśli chcesz pracować dla Kinguina, musisz zapamiętać jedno - twarz w kubeł i do łopaty. Jakakolwiek krytyka czy próba podsunięcia nowych pomysłów/rozwiązań w ogromnej większości przypadków kończy się albo, cóż, olaniem sprawy... albo wizytą na dywaniku czy wręcz zwolnieniem. Żeby było śmieszniej - "firma słucha pracowników", jest to im nieustannie wciskane do głów, praktyka zaś wygląda tak, że każda próba zgłoszenia problemu czy pomysłu to jak balansowanie na linie zawieszonej między dwoma wieżowcami - albo się uda... albo nie. Jeśli się uda - gratulacje i podziękowania zgarnie ktoś inny (wyścig szczurów jak jasna ciasna, zwłaszcza w biurze w Poznaniu), jeśli się nie uda - albo kolejna "pogadanka", albo dostajesz wypowiedzenie.
Rozwój? Cóż - będzie śmiesznie. Szkolenia? Brak - nie licząc oczywiście szkoleń przygotowujących do wykonywania twojej funkcji. Awanse? Podobno awans dostajesz za wyniki, w praktyce... sami się raczej domyślacie - dzięki tej zmyślnej taktyce stanowiska kierownicze są okupowane przez ludzi którzy nigdy nie powinni tam trafić , co zresztą później rzutuje na wyniki poszczególnych działów. Co zaś się dzieje gdy wyniki spadają? Wina spada na osoby pracujące w tych działach - kierownictwo prędzej zjadłoby własne obuwie niż przyznało, że coś sknocili. Rozwój? Cóż - firma bardzo chce byś się rozwijał, ale nie ma zamiaru dać ci na to nawet złotówki - jakiś czas temu doszło nawet do niezwykle zabawnej wymiany zdań między Panem Prezesem a jednym z chłopaków z IT. Pan Prezes zarzucał im, że ci się "nie szkolą" - na co dostał odpowiedź że i owszem, chłopaki chcieliby robić szkolenia ale fajnie by było gdyby firma postanowiła się do tego dorzucić. Co się stało? Dyskusja, toczona na wewnętrznym, firmowym "portalu społecznościowym" (z braku lepszego słowa) została... usunięta - bo w negatywnym świetle stawiała Pana Prezesa. Co stało się z facetem z IT? Nie wiem, szczerze mówiąc - ale znając standardy tej firmy, najprawdopodobniej został zwolniony.
Warunki pracy? Biuro w miarę nowoczesne, wyposażenie (komputery, biurka - i tak dalej) raczej OK. Większość pracowników leci w systemie grafikowym, więc, naturalnie, o rzeczach takich jak "spędzenie świąt w domu" czy "urlop kiedy chcesz, nie kiedy ci pracodawca zaplanuje" możesz zapomnieć. Dość powiedzieć, że jeden z dość wysoko postawionych "szefów" wciskał pracownikom, że rzeczy takie jak "możliwość wzięcia urlopu" czy "L4" to BENEFITY, jakie KOCHANA FIRMA DAJE SWOIM PRACOWNIKOM, choć "wcale nie musi" - a o "znajomości" (czy też raczej "olewaniu") prawa pracy przez osoby zajmujące się "zarządzaniem" pracownikami to legendy krążą. 100% serio, moi drodzy - firma zatrudnia głównie studentów/ludzi młodych i wyciska ich jak cytrynę, korzystając z braku doświadczenia w "użeraniu" się z pracodawcami.
Benefity? Standard, jak w każdym korpo - Mybenefit, karta multi-sport, darmowe owoce.
Czy kandydować? Moim zdaniem - nie. Wygląda na to, że firma jest w trakcie upadania (ostatni miesiąc to kilkanaście osób zwolnionych "tak o", bez podania jakiegokolwiek powodu - i tak, jestem jednym ze "szczęśliwców" z którymi firma postanowiła się pożegnać bez jakiegokolwiek uprzedzenia, po grubo ponad 2 latach pracy), obecnie wszystkie "benefity" są zamrożone, podwyżki wstrzymane, masowe zwolnienia. To samo powtarza się co roku, właśnie w okresie wakacyjnym - ale nigdy jeszcze na taką skalę, więc wszystko wygląda na to, że z Kinguina to już niewiele zostało.