Byłam dzisiaj u nich na rozmowie kwalifikacyjnej i nawet nie wiem, jak ją określić: komedia, tragedia, wieś śpiewa i tańczy? Chyba to ostatnie najlepiej pasuje.
Zjawiłam się pod siedzibą firmy przed czasem. Z szyldu nic nie wyczytałam, była tam tylko nazwa firmy, podobnie jak i nad drzwiami. Przed wejściem stało ponad dziesięć osób, wszyscy umówieni na tę samą godzinę, co ja. Zignorowałam to, nie mam doświadczenia w tego typu sytuacjach, byłam raptem na dwóch rozmowach dotychczas. Kiedy weszliśmy do malutkiego biura uderzyło mnie parę rzeczy:
- nie było żadnych ofert, niczego co by wskazywało na to, czym się ta firma zajmuje
- zza drzwi, gdzie, jak podejrzewam, znajdowało się biuro (na moje nieszczęście akurat się otworzyły, gdy wchodziłam) dudniło. Dosłownie. Muzyka była tak głośno puszczona, jak na jakiejś imprezie i - o zgrozo! - było to disco polo na zmianę z techno. Po paru minutach siedzenia i słyszenia tego zza zamkniętych drzwi huczało mi w głowie.
Czekając na swoją kolej (a kierownik prosił po dwie osoby - też się na tym nie znam, ale wydawało mi się, że po to się pracodawca umawia na rozmowę kwalifikacyjną, aby osobiście porozmawiać z kandydatem), zdążyłam się przyjrzeć pracy sekretarki (mając porównanie z paniami w dziekanacie i urzędem miasta, gdzie miałam praktyki, nie wyglądało to zbyt dobrze) i pracownikom, którzy przychodzili na swoją zmianę (goście w garniturach, ale absolutnie nie wzbudzający zaufania). Coraz bardziej przekonywałam się do tego, że nie podejmę tej pracy, niezależnie od tego, ile by mi obiecywali.
Wreszcie przyszła moja kolej. Weszłam tam z jakimś chłopakiem, powitał mnie pan w garniturze... nie, nie był w garniturze - nie miał marynarki... no, nie ważne, siak czy tak nie wzbudzał zaufania, wyglądał mi na takiego cwaniaczka, co się naczytał książek o manipulacji. Powiedział, abyśmy usiedli, po czym rozwalił się na swoim fotelu jak pan i władca. Chłopak nie miał CV, więc ten zdążył na niego naskoczyć, zanim zajął się moim. Powypytywał o to, gdzie pracowałam, gdzie się uczę - chyba mnie sprawdzał - po czym zaproponował pracę na produkcji... no właśnie, sama nie wiem czego, bo nagle zaczął mówić bardzo szybko wymieniając to i owo, jakieś w-ztki, pakowanie, mnóstwo dziwnych słów, że w systemie dwuzmianowym, że max 1600 zł/netto (w ogłoszeniu jest min. 1900, ale mniejsza o to), a całą tyradę skończył stwierdzeniem "rozumiem, że jest pani zainteresowana". Odpowiedziałam, że nie wiem i zapytałam, czy można pracować tylko na drugą zmianę, to naskoczył na mnie, że takie pytania mogę zadawać gdy przejdę przez pierwszy etap rekrutacji i czy mnie zapisać na tę produkcję. Odmówiłam. Pożegnał mnie słowami "powodzenia w poszukiwaniu pracy". No cóż, źle trafił, bo nie jestem aż tak zdesperowana.
Czy muszę wspominać, że jestem drobnej budowy ciała, a sekretarka powiedziała mi, że będę się mogła dopytać o interesujące mnie stanowisko (chciałam na pomoc biurową) kierownika, na rozmowie? Ten nawet o to nie zapytał.