Powiem szczerze, że gdyby nie brak pracy w Polsce, gdyby nie nędzne płace, to nigdy bym się nie zdecydowała na pracę w opiece. Praca nie należy do przyjemnych - to harówa od rana do wieczora, nierzadko też w nocy, kiedy podopieczny się budzi. Znoszenie humorów podopiecznych, ich krzyków i obelg kierowanych pod adresem opiekunek,podejmowanie ryzykownych decyzji. Krótko ujmując, od rana do wieczora na wysokich obrotach, z oczami dookoła glowy. Jedyną rzeczą, która mnie trzymała w tej pracy były jak na polskie warunki godziwe pieniądze. Choć to, co musiałam niejednokrotnie znosić, nie ma zapewne ceny.
Czy jestem zbulwersowana ? Po części tak. Czy jestem innego zdania ? Zdecydowanie tak.
Skończyłam studia, pracowałam na stanowiskach kierowniczych. Można powiedzieć, że jestem oczytana, wykształcona i inteligentna. Raczej w średnim wieku, niemłoda. Zgłosiłam się do urzędu pracy sama, chcąc pojechać na szkolenie, które przygotuje mnie do podjęcia pracy w charakterze opiekunki w Niemczech. Sama znalazłam firmę, która to organizuje i sama wydeptałam dofinansowanie w urzędzie, kłócąc się wielokrotnie. Nudne będzie stwierdzenie, że jak o wszystko w tym kraju, ale taka jest prawda.
Kurs intensywny z języka niemieckiego trwał 3 tygodnie od 8.00 do 20.00. Odcięci od świata, uczyliśmy się podstaw języka niemieckiego i opieki nad osobami starszymi . Bardzo dziękuję w tym miejscu za wiedzę przekazaną w trakcie szkolenia. W przeciwnym razie nie odważyłabym się wyjechać do pracy w charakterze opiekunki. Mimo, że mam zapędy by być „ siostrą miłosierdzia”. To miało być moje nowe zajęcie.Po zakończonym kursie i egzaminie zdanym na 5 , poddana zostałam weryfikacji przez agencję w Polsce. Pracę dostałam niemal natychmiast. Wyjechałam do opieki nad małżeństwem. Kobieta bardzo chora, mężczyzna w lepszej formie, ale z problemami uzależnienia od alkoholu i demencją starczą. Nie było łatwo, ale wiedziałam, że są oboje chorzy, a ja jestem po to, by im pomóc. Świetni ludzie. Kulturalni, wykształceni, inteligentni. Niestety, znajość języka nabyta w Polsce została brutalnie skonfrontowana przez rzeczywistość. ”Niemiecki” niemiecki jest zupełnie inny niż „polski” niemiecki. Z pomocą przyszła mi rodzina małżeństwa ,którym się opiekowałam. Dostałam książki do nauki, płyty i zostałam otoczona opieką, mimo, iż ja tę opiekę miałam świadczyć.
Nie było łatwo, stan Pani był fatalny. Każda noc mogła być ostatnią. Powtórzę było ciężko, ale ja traktowałam to jak misję, jak potwierdzenie człowieczeństwa. Wszystko nabierało zupełnie innych wartości i priorytetów. Na szczęście zostało mi to do dzisiaj. Bardzo wartościowe doświadczenie. Jestem dumna ,że mogłam być z tymi ludźmi. Obcy potraktowali mnie jak rodzinę. Kobieta zmarła, ale zostanie w moim sercu na zawsze.
Pozostałe kwestie materialne i organizacyjne – bez zarzutu. Niczego mi nie brakowało.
Trzeba mieć świadomość, że podejmując się takiego zadania opieki 24 godzin i 7 dni w tygodniu wchodzi się w relacje bliskie, intymne. Nie wolno przy tym zapominać, że problemy są wszędzie i dotyczą każdej rodziny. Tutaj stajemy się uczestnikami życia tychże rodzin.
Byłam u dwóch rodzin. W dwóch różnych miejscach Niemiec. Po dwóch tygodniach przerwy w kraju wyjechałam do drugiej osoby. Kobieta, wdowa po udarze, lewa strona bezwładna.Z depresją i fatalnie prowadzonym leczeniem. Trafiła z tego powodu do szpitala właśnie z udarem. Byłam pierwszą opiekunką. Była też zorganizowana nowa opieka medyczna – zarówno pielęgniarki, jak i lekarz. Szczęśliwie wszyscy pracowaliśmy nad poprawą zdrowia tej Pani.Wszyscy oprócz niej samej. Kompletnie nie widziała sensu życia. Miała wnuka, który opiekował się nią i jej domem. Mieszkał też od czasu do czasu. Poza wszelką dyskusją był osobą najważniejszą w jej życiu. Decydował o wszystkim. Czy był dobrym człowiekiem? Nie mnie to oceniać. Był jednak osobą z problemami natury psychicznej – miewał stany depresyjno-maniakalne. W trakcie rozwodu nie do końca spełnione aspiracje , w trakcie budowania drugiego związku … i wielkimi chęciami zdobywania wszystkich kobiet, by potwierdzić swą atrakcyjność. Bezczelny, przebiegły, ale jednak od czasu do czasu uczynny.
Co mu chodziło po głowie, tego się zapewne nie dowiem. To on był powodem problemów w domu. Skonfliktowany z całym środowiskiem babci. Po wielu tygodniach morderczej pracy - nie tylko mojej, ale innych osób także - prób nieudanych w dobieraniu odpowiedniego leku uspokającego i nasennego, ustabilizowaliśmy stan „Pani”. Wszystko stało się jasne, gdy wyrwała kroplówkę w brzucha, na oczach trzech dorosłych, sprawnych osób. Chciała umrzeć. Żyje nadal, gdyż na mocne serce. Obiecałam ,że zostanę do chwili jej śmierci. Prosiła mnie o to. Przywiązała się do mnie. Nie byłam w stanie, sytuacja między jej wnukiem, a mną była beznadziejna i nie rokowała dobrze na przyszłość. Nie zgodziłam się na bycie jego„ żoną”. Dyplomatycznie ujmując sprawę.