LEKARZE: interesuje ich tylko odfajkowanie papierologii w komputerze, a nie to, co jest człowiekowi i jak mu pomóc. Nawet nie chce im się przeczytać badań.
REHABILITANCI: młodzi i niedoświadczeni, bo takich najłatwiej sobie podporządkować - nie będą chcieli za dużych pensji i nie podskoczą. Różni, do ćwiczeń lepsze dziewczyny. Niektórzy nawet nie potrafią poprawnie wydać polecenia, bo myli im się zgięcie, skręt czy wyprost. Nie korygują też wykonania ćwiczeń, więc w efekcie jedna połowa robi ćwiczenia na inne mięśnie niż powinna, a druga połowa robi ćwiczenia tak źle, że pogłębia swoje schorzenia. Trzeba samemu wiedzieć, co nam wolno i jak robić, bo potrafią zrobić krzywdę. Bardziej interesuje ich klikanie w komórce niż to, co robi pacjent. 20 minut ćwiczeń ogólnych albo indywidualnych i koniec. To nawet nie jest porządna rozgrzewka. Potem sale zamknięte i nie wolno, jakby się nawet chciało, coś porobić.
Masaż to w zasadzie pogłaskanie - przyjemne, ale nie ma żadnego porównania z prawdziwym masażem leczniczym. Basen - szczęściarze załapali się raz na tydzień, czyli 3x w ciągu turnusu. Dowożą na basen w Mszczonowie.Jak się coś dzieje, nie ma co liczyć na pomoc lekarza czy rehabilitantów, np. nastawienie kręgosłupa czy prześwietlenie. Tabletka przeciwbólowa i do widzenia.
OBCHÓD: na prawdziwy obchód nie liczcie; lekarz nie chodzi, pielęgniarka tylko po to, aby opieprzyć kogoś za hałasowanie.
JEDZENIE: kiepskie. W kółko pasztet podlaski w pudełeczku albo 5 plasterków ślimaczącej się wędliny. Do tego 3-4 plasterki pomidora przekrojone na pół, żeby robiło wrażenie, że jest tego więcej. Chleb w kółko ten sam biały + po 1 odliczonej kromce ciemnego na osobę. Bułek żadnych. "Kompot" przez 3 tygodnie ten sam, robiony na soku z butelek. Szefowa, która układa jadłospis, nie ma pojęcia o zasadach żywienia, tylko żyłowaniu kasy. Jak zupa na obiad ryżanka, to na II danie risotto, czyli rozgotowany, przypalony ryż, polany sosem z puszki albo z torebki ze śladowymi ilościami mięsa. Jak zupa pomidorowa, to na II danie tani makaron z sosem i mięsem jak wyżej. Owoce w sezonie to mała tacka czereśni do śniadania na 6-osobowy stół 5x w tygodniu. Żadnych innych do żadnego posiłku. W sklepiku też nie ma szans żadnych kupić. Nigdy nie było dżemu czy miodu. O kawałku ciasta czy deserze też można zapomnieć na 3 tygodnie. Do pokoju nie wolno wziąć talerzyka czy sztućca z jadalni, bo mają mało i odliczone, więc zabraknie na następny posiłek. Jak się ma zaleconą dietę, jeszcze gorzej.
SPRZĄTANIE POKOI: ogranicza się do przetarcia śmierdzącą brudem szmatą podłóg i drugą szmatą blatów. Ze śmietników wysypują zawartość, zostawiając ten sam brudny worek. Na środkach czystości też można zaoszczędzić. Nie liczcie na umycie kibla czy umywalki przez cały pobyt. Pościel i prześcieradło do zabiegów jedne na cały pobyt, więc prześcieradło po tygodniu wstyd używać na zabiegi. 2x razy w ciągu pobytu zmieniają ręcznik.
ALKOHOL: Nie wolno pić i nie wolno mieć alkoholu, ale w barze tylko piwo, orzeszki i paluszki, a w sklepiku wóda, piwo, trochę konserw, chipsy, paczkowane ciastka. Żadnych warzyw i owoców. Jak pada propozycja ogniska, to w cenie obowiązkowo talon 5 zł na bar. Czyli jedna wielka hipokryzja, bo pić alkoholu nie wolno, a podsuwają głównie alkohol. Ale sklepik i bar należą do syna właściciela ośrodka, a wóda najlepiej schodzi.
KURACJUSZE: u nas w 1/3 była pijana hołota, która leżała na trawniku, chodziła trzymając się ścian, nie miała siły przyjść na posiłki i zabiegi, śmierdziała wódą. Zabiegi ich nie interesowały - nie korzystali, tylko brali podpisy, a rehabilitantom w to graj, bo mniej roboty, szefowi też - bo mniejsze koszty.
ROZRYWKI: siatka to siatkówki, radio w pokoju, telewizor w stołówce, wifi tylko w stołówce na I piętrze i Harlequiny do poczytania.
Warto zabrać stopery do uszu. Na spokój nie ma co liczyć: albo budowa nowego pawilonu (piłowanie, wiercenie, ubijanie betonu), albo koszenie trawy w ośrodku, albo opryski w okolicznych sadach (także w nocy), albo huczy oczyszczalnia ścieków.