Rozmawiamy z X (zastrzegła imię i nazwisko do naszej wiadomości) o jej pracy dla lubelskiego klubu go-go.
Karol Adamaszek: Jak Cocomo szuka pracowników?
- Potrzebowałam pieniędzy, bo się uczę, zresztą jak większość dziewczyn z Cocomo. W internecie znalazłam ogłoszenie. Szukali promotorki do klubu dla młodych ludzi. Wynagrodzenie 600-700 zł tygodniowo. Koniecznie trzeba było wysłać swoje zdjęcie. Tak zrobiłam. Po kilka dniach przyszło zaproszenie na rozmowę.
Do klubu ze striptizem.
- Nie. Do siedziby firmy Event, która klubami zarządza. Mieści się także na deptaku, na Krakowskim Przedmieściu. Zachęcono mnie tym, że dostanę umowę o pracę, 10 zł za godzinę lub więcej, w zależności od efektów, i że będę miała elastyczne godziny pracy. Dopiero pod koniec bardzo miłej i profesjonalnej rozmowy usłyszałam, że chodzi o Cocomo. Zdziwiłam się, ale od razu powiedziano mi, żebym dla pewności sobie obejrzała lokal. Nabrałam zapału i poczułam się w pewien sposób wyróżniona spośród innych kandydatek, bo wiem, że z góry odrzucano dziewczyny z nadwagą czy po prostu mało atrakcyjne. Zapewniano nas, że jest to klub z klasą, pełen kultury i nie dla każdego. Proponowano nam ochronę, monitoring i ewentualną pomoc ochroniarzy w momencie, gdy ktoś np. będzie nam chciał wyrządzić krzywdę.
Od razu została pani promotorką?
- Ulotkarą - tak się u nas się mówiło. Przed dwa pierwsze dni takiego stażu chodziłam po deptaku z doświadczoną promotorką. Główna menedżerka powiedziała, że młodsze dziewczyny mają się uczyć od starszych. Jedna z promotorek była miła, kokietowała przechodzących mężczyzn. Inna z kolei uważała, że należy wyłapywać tych, którzy w nocy wypłacają pieniądze z bankomatu. Co do bankomatów, miałyśmy taką zasadę - jeśli widzimy faceta, który wypłaca pieniądze, mamy do niego podejść i zaproponować mu wejście do klubu nawet za darmo. Podobnie z pijanymi. Gdyby ktoś się zastanawiał, dlaczego dziewczyny nawet zimą potrafią stać do siódmej rano i zapraszać zataczających się klientów, chodziło tylko o to, żeby sprowadzić jak najwięcej ludzi po alkoholu. Tacy chcą się bawić, a większość dyskotek czy barów jest już zamknięta. W ramach promocji oferowałyśmy im wejściówki nawet po 10 zł albo proponowałyśmy wejścia grupowe, np. w grupie sześcioosobowej. Cztery osoby wchodzą po 20 zł, a dwie za free.
Ile kosztuje bilet do Cocomo?
- 30 zł. Za to można wejść i popatrzeć na tancerki, bo kręcą się na rurach przez cały czas, częściowo rozebrane. Jeśli jednak ktoś chciał prywatnego striptizu, to za trzyminutowy taniec musiał zapłacić 200 zł. Zostawał z tancerką sam na sam, a ona rozbierała się do naga. Za najdroższy taniec - o ile mi wiadomo - płaciło się 900 zł. Trwał ok. 9 minut i można było wtedy robić, co się chce.
Oczywiście zawsze trafiali się klienci, którzy dzięki promocjom wchodzili za darmo, a potem nie zamawiali ani drogich drinków, ani prywatnych tańców. Hostessy i tancerki miały potem pretensje do promotorek, że naganiają kogoś takiego. Wielokrotnie słyszałam teksty, że striptizerkom się nie chce tańczyć za "tysiaka" tygodniowo albo nie mają zamiaru rozbierać się dla bezzębnego dziada, który postawił im najtańszego drinka.
Promotorki zarabiały obiecane 600-700 zł tygodniowo?
- Z początku wyglądało to naprawdę obiecująco. Przez pierwsze dwa tygodnie przepracowałam raptem cztery dni po 4-5 godzin, ale zarobiłam 400 zł. Jako promotorka za każdego klienta, który kupił bilet za 30 zł, dostawałam 17 zł. O ile wiem, to się nie zmieniło.
Potem było już gorzej. Okazało się, że nie ma mowy o elastycznych godzinach pracy. Miałam naganiać klientów przez 9 godzin dziennie. Jedyne, co mogłam, to wybrać sobie, czy chcę stać od godz. 19 do 4 rano, czy od godz. 20 do 5.
10 zł za godzinę płacono mi dopiero, gdy wprowadziłam do klubu około 15 klientów. Wszystko było zapisywane i na tej podstawie przygotowywano wypłatę tygodniówki. Jeśli ktoś nie wprowadził 15 osób, ale mniej niż sześć, dostawał 7 zł za godzinę. Koleżanka raz nie dość, że nic nie zarobiła, to musiała jeszcze odrobić 150 zł kary.
Za co karano?
- W umowie, którą podpisałam, tego nie określono. Kary można było dostać za wiele "przewinień". Kiedyś szefowie klubu polecili nam - a były ze mną jeszcze cztery koleżanki - że w ciągu nocy mamy wprowadzić 50 klientów. A udało nam się 45. Potrącono nam po 150 zł z tygodniówki. Koleżanka musiała to właśnie odpracować.
Najniższa kara to 100 zł. Tak została ukarana inna dziewczyna, która chciała skończyć pracę wcześniej z powodu bólów menstruacyjnych. Karano też za źle związane włosy albo zbyt rozczochrane, za brak makijażu i odpowiedniego stroju, płaskie obuwie.
Płaskie?
- Obowiązkowe były szpilki lub koturny z minimum 4-centymetrowym o