Chwilę z tym zwlekałem ale też by coś wypadało napisać. Po pierwsze to zawsze zastanówcie się, czy warto jechać ponad 1000 kilometrów do pracy, jeżeli pracodawca bombarduje was telefonami odnośnie każdej możliwej kwestii dotyczącej wyjazdu. Gdyby praca była faktycznie super fajna (nie jest zła jak to Marcinek powiedział), to jak nie wy to jest masa innych ludzi na wasze miejsce. Wywiązujecie się z ustaleń (badania, skany dokumentów), a jeżeli tego nie robicie to oni też was olewają, tak to wszędzie przecież działa czy nie?. No ale do rzeczy. Pierwszy duży minus i czerwony sygnał dla was to jest taki, że nie wiecie dokładnie gdzie jedziecie (bo wam zamawiają przejazd od A do B) i nie znacie zakładu w którym będziecie pracować. Takie podstawy zawsze powinniscie dostac w mailu albo od koordynatora. Adres gdzie macie zakwaterowanie i adres zakładu, żeby przed wyjazdem to zweryfikować. Po przyjeździe na starcie dezorganizacja, bo nas akurat wysadzili prawie że na środku skrzyżowania, i kręciliśmy się z torbami na chodniku jak barany. Samo mieszkanie - kto widział niech sam sobie odpowie - fakt, standard jest całkiem przyzwoity w środku, ale pewnie tak jak u mnie to są najczęściej najgorsze dzielnice miasta, a w środku do 6-8 ludzi w jednym mieszkaniu czyli nie wiesz na kogo trafisz. Jak pojedziesz sam - raczej zerowe szanse na pokój jednoosobowy, czyli znowu musisz zaakceptowac że co tydzień ktoś nowy ci się może tam wprowadzać i wyprowadzać do pokoju (bo takie tam są rotacje). No ale zawzieło się zęby bo przyjechało się pracować i zarabiać a nie odpoczywać, na upartego można to przetrzymać jak ktoś na prawdę musi mieć jakąś pracę ( tak jak ja, pojechalem posplacac jakieś długi). Pare naciągań ze strony koordynatora jak zwykle (w mieszkaniu jest telewizor, jesteśmy wypłacalni itd itd.) no i wkońcu sama praca. Raczej pracować tu można tylko do przetrzymania na krótki okres, nie wiem kilka miesięcy maks - więcej na prawdę wam nie polecam. To jest typowa robota której nikt inny nie chce robić, w dodatku jak dobrze żyjecie z pracownikami z firmy to wam powiedzą, że przynajmniej dwukrotknosc waszej godzinówki ( u nas 12 euro na ręke) to ten koordynator kasuje za waszą pracę. Na moje stanowisko to w samej Belgii nawet nikogo na kontrakt nie potrafili znaleźć, to sobie wyobraźcie czemu tak bardzo nikt nie chce. Praca ciężka fizycznie w sumie tez dla kogos moze byc, ale przede wszystkim robicie przy takich cudach wydychanych w powietrzu, w zamkniętej puszce, z byle jakimi maskami jednorazowymi, że jak komuś przyjdzie do głowy pracować tu kilka lat, to masz chyba gwarantowany nowotwór albo płuca do wymiany. Parszywy zapach nierdzewki zapamiętam do konca zycia chyba. W samym zakładzie powszechnie wiadomo że koordynatorzy z Polski to wały totalne, i jak to powszechnie sie mowi, chca cie wycyckać jak tylko mogą. Przez pierwszy tydzien robisz bez umowy nawet, bo nie masz jak jej podpisać. Pan Marcinek przyjechał ale dopiero po całym tygodniu pracy z papierami do podpisania, więc równie dobrze móglbys pracowac tydzien za darmo. Kiedy przyjechał narzucił nam narrację taką, że jest mega konkretnym facetem, wszystko z nim załatwisz, z niczym nie ma problemu i mówi ci wszystko co chcesz usłyszeć. Zapewne dużo osób sie na to nabiera. Dopóki pracujesz jest w miarę do wytrzymania, ale jak już chcesz wyjeżdżać, zaczyna się cały cyrk i wychodzi prawdziwa osobowosc pana Marcina. Nie odbieranie telefonów, nie płacenie zaliczek które miały już przyjść dawno, wymijające odpowiedzi i ogólne (usunięte przez administratora) W czwartek o 21 chłop ci dzwoni, że jednak musicie już się wynosić z mieszkania (mimo że mieliśmy pracować do końca miesiąca) i do soboty ma nas nie być. Co wtedy z umową się dzieje? Nie wiadomo. Zostaje ci parę dni pracy wciąż, urlopu jeszcze nie wypracowałeś, więc podejrzewam że wpisują ci porzucenie pracy albo coś innego bo z pewnością mają na to swoje patenciki szemrane. Do tej pory brakuje mi 300 euro które powinienem dostać, i zero wyjaśnień.
Tak więc jeśli już naprawde musicie jechać tam do pracy (przemyślcie to 2 razy) to grajcie tymi kartami co on. Nie bądźcie w 100 procentach uczciwi bo tylko stracicie. Obowiązkowo proście o kopie wszystkich dokumentów podpisanych, weźcie sobie listę obecności (bo oni wam dadzą jedną kartkę z umową) a jak po miesiącu zechcecie wyjeżdżać, powiedzcie mu w ostatni dzień umowy, żeby przypadkiem wam czegoś nie skombinował. Na koniec dodam, że jeżeli ty mały brudasku Marcinie, albo któryś z twoich kolegów/koleżanek z HR czyta tutaj komentarze (a tak jest na pewno) to po pierwsze kiedyś popłyniesz i nóżka ci się powinie, oby jak najszybciej, a po drugie - obyśmy się spotkali kiedyś, bo chętnie obilbym ci tą zakłamaną i parszywą m...de ;))