nspektorat Transportu Drogowego wypowiedział w Łodzi wojnę nielegalnym taksówkarzom. - Nie jesteśmy taksówkarzami - broni się szef firmy DeDriver, która do niedawna świadczyła usługi tzw. okazjonalnego przewozu osób, a teraz wozi pasażerów... w ramach psychoterapii. Sprawa skończy się w sądzie.
Piątkowa noc. Setki łodzian wracają z imprez w centrum do domów. Puby pustoszeją, a dla taksówkarzy zaczynają się prawdziwe żniwa. Jednak w ostatni piątek koszenie mocno podchmielonych klientów przerywa akcja "Szara strefa taxi". Organizują ją Wojewódzki Inspektorat Transportu Drogowego w Łodzi, drogówka i Urząd Miar. Funkcjonariusze szukają nielegalnych taksiarzy.
Wśród kilkudziesięciu skontrolowanych pojazdów są też auta z logo DeDriver. Firma do kwietnia ubiegłego roku świadczyła usługi tzw. okazjonalnego przewozu osób. Ale zmieniły się przepisy i prowadzanie takiej działalności stało się nielegalne.
Aktywne słuchanie, akceptujące milczenie
DeDriver nie złożył broni. - Musieliśmy się przebranżowić - opowiada Dawid Kawecki, właściciel firmy. DeDriver zamiast przewozu osób zajmuje się teraz psychoterapią holistyczną z elementami lokoterapii. Nie używa już samochodów, a "lokowozy".
- To idealne miejsce, by klient odzyskał komfort psychiczny, przejeżdżając obok swoich ulubionych miejsc - mówi Kawecki.
Kierowcy przechodzą kursy i stają się psychoterapeutami. Jak wygląda terapia?
- Nasi psychoterapeuci wiozą pacjenta, stosując aktywne słuchanie i akceptujące milczenie - tłumaczy właściciel DeDriver. - To jest nowoczesna psychoterapia. Kiedyś kładło się na leżankach, a teraz jeździ się samochodami. Mamy świadomość, że część klientów wykorzystuje nasze pojazdy do przemieszczania się z miejsca na miejsce, ale są to sytuacje sporadyczne.
Czy to znaczy, że w "lokowozach" jeżdżą tylko osoby znajdujące się w złej kondycji psychicznej?
- Niekoniecznie. Nikomu nie zabraniamy korzystać z naszych aut - przyznaje Kawecki.
Miernik impulsów terapeutycznych
Świadczone przez DeDriver usługi całkiem inaczej interpretują urzędnicy. - Oni się na nas uwzięli. Co chwila mamy jakąś kontrolę. W ubiegłym tygodniu była u nas Państwowa Inspekcja Handlowa, a teraz to - wylicza Kawecki.
Podczas ostatniej kontroli PIH zarzuciła firmie, że samochody mają zamontowane taksometry. - To są mierniki impulsów terapeutycznych - tłumaczy Kawecki i pokazuje wzór, według którego naliczana jest opłata za usługę. Zaznacza, że nie zależy ona od liczby przejechanych kilometrów.
Podczas piątkowej akcji zatrzymano dwa samochody z logo DeDriver. Zdaniem właściciela WITD nie ma do tego prawa, bo są to pojazdy do tzw. przewozów sanitarnych. A te kontrolować może sanepid.
W "lokowozach" poza regulaminem korzystania z usługi są certyfikaty pojazdu transportu sanitarnego. Wystawiło je Europejskie Towarzystwo Psychoterapeutyczne. Powstało ono w kwietniu ubiegłego roku, kiedy w życie weszła ustawa zakazująca świadczenia okazjonalnego przewozu osób.
- W Polsce żadna instytucja nie certyfikuje takich pojazdów, więc zaczęliśmy robić to my - mówi Mateusz Mazur z ETP.
Jakie warunki musi spełniać pojazd, żeby dostać certyfikat?
- Musi być w dobrym stanie technicznym, czysty w środku i musi ładnie wyglądać. Chodzi o komfort psychiczny pasażera i żeby nie musiał się martwić, czy dojedzie do celu - tłumaczy Mazur.
Dorośli ludzie
Funkcjonariusze WITD uważają, że "lokowozy" to zwykłe taksówki i powinny stosować się do przepisów obowiązujących taksówkarzy. - To jest spór prawny. Jeśli nie da się go rozstrzygnąć w postępowaniu wyjaśniającym, będzie musiał wypowiedzieć się sąd administracyjny. Tam druga strona będzie miała okazję przedstawić swoje racje i dowody - mówi Szymon Sidor, rzecznik Wojewódzkiego Inspektoratu Transportu Drogowego w Łodzi.
Z relacji właściciela DeDriver wynika, że kierowcy podczas kontroli byli straszeni mandatami w wysokości 8 tys. zł. Funkcjonariusze nie chcieli się wylegitymować, mieli też namawiać kierowców do przejścia do "porządnej firmy".
- Nie słyszałem, żeby takie sytuacje miały miejsce. W pracy nie doradzamy kierowcom. To są dorośli ludzie, sami powinni wiedzieć, jak radzić sobie w życiu. Oceniamy rzeczywistość przez pryzmat przepisów administracyjnych - mówi Sidor.
Kontrola trwała około trzech godzin. Ostatecznie kierowcy DeDriver nie przyjęli mandatów, więc sprawa trafi do sądu.
Kawecki uważa, że to nagonka na jego firmę. - To ma doprowadzić nas do upadłości. Tak się u nas traktuje przedsiębiorców, a obecnie dajemy pracę około 70 osobom. Za tym stoją korporacje taksówkowe, w których pracuje wielu emerytowanych policjantów - żali się przedsiębiorca.