Gdy zacząłem pracę w tej firmie, każdy nowo spotkany kierowca pytał mnie "Co ty robisz w tej firmie?!", jakbym trafił właśnie do jakiegoś gułagu. Z natury nie ufam cudzym sądom, więc nie przykładałem do tego wagi; przez pierwszy tydzień. Potem okazało się, co mieli na myśli i wyszło szydło z worka. Oczywiście, jak to w transporcie polskim, samochody jeżdżą przeładowane (czasem grubo) i oczywiście kierowcy jeżdżą przemęczeni z niewyspania. To wiadomo i to nikogo nie dziwi. Podobno od czasu gdy Bracia Właściciele dorwali się do codziennej linii Hamm-Śrem, która przynosi im krocie, przestali przejmować się pracownikami. Nie zabawiłem tam długo, bo już przy pierwszym kontakcie z właścicielami (którzy nie przeprowadzają rozmów kwalifikacyjnych niestety; gdybym ich spotkał na początku, zwiewałbym gdzie pieprz) wiedziałem, że to się szybko skończy, ale historie, które usłyszałem od kierowców, mrożą krew nie tylko w żyłach. Nie wiem, ile jest w nich prawdy, ale sam doświadczyłem bylejakości tych panów oraz kompletnego "tumiwisizmu". Jedyny problem który ich może poruszyć, to kasa własna. Reszta nie ma znaczenia; żadnego. Kilka przykładów. Toaleta w firmie wygląda i pachnie jak na dworcu w Rzepinie 20 lat temu. Samochody miały być "czyste, bo kierowcy o nie dbają". Jeździłem chyba pięcioma z nich; każdy śmierdział stęchlizną i walił capem, a jak jest w kurnikach lepiej nie mówić. Mimo umycia całej szoferki i kurnika, nie udało mi się pozbyć smrodu; nie dało się obejść bez jakiegoś sztucznego odświeżacza, który nie odświeża, tylko kamufluje smród. Warunki przeładowywania samochodów są tragiczne. Wreszcie pensja - muszę przyznać, że wypłacana na czas, choć po 10., więc na ZUS trzeba odłożyć wcześniej. Jeśli chodzi o wypłatę, nawet nie zacznę tematu. Warto jeszcze dodać, że codziennie jeżdżą z Hamm (start g.17) w Niemczech do Śremu (dostawa na godz. 1). Wygląda to tak, że dzień wcześniej, zazwyczaj po g.20/21 (czasami nawet około północy!!) trzeba być w firmie i przeładować towar, który przyjechał z kraju; najczęściej kilka palet. Następnie ok. g.22 (jeśli dobrze pójdzie) jest wyjazd "na Niemcy". Oczywiście w ramach "oszczędności" kierowca nie może jechać autostradą i dojechać szybko do granicy, ale musi jechać krajowymi, co powoduje, że granicę osiąga po ok. 3 godzinach. Dalej trzeba tak jechać, by na rano być w miejscach kolejnych rozładunków. Często coś pod Magdeburgiem, Wolfsburgiem czy Braunschweig. Równie często, jeśli nie najczęściej, wiezie się również palety do Iserlohn. To jest 750km bez pozostałych rozładunków po drodze. Często wychodzi tak, że kierowca musi jechać do wczesnych godzin rannych, by dojechać na pierwszy rozładunek, "przespać się" godzinę czy dwie i rano ruszać dalej. Wielokrotnie kończy się tym, że rozładowawszy np. Wolfsburg a potem Braunschweig, pędzi się do Iserlohn na ostatni rozładunek, bo korki na A2 są częste, by zdążyć do Hamm na godz. 16 na załadunek do Śremu. A tam o g.17 start i 720km do celu. Po prawie całej dobie za kółkiem. I tak co drugi dzień. Kto jeździ lub jeździł zawodowo wie, o czym piszę. Kto nie wie, niech próbuje. Szerokości życzę, stalowych nerwów i zapałek w oczach. A, i jeszcze życzę nie trafienie do więzienia w razie wypadku jakiegoś. Właściciele są kryci w każdym calu. Kierowca wcale.