Gwiazda, która się zawinęła 01.08.2025 13:21
Były pracownik
Delia Cosmetics – raj dla fanów mikrozarządzania, hierarchii i zgadywania, co dziś wolno
Jeśli marzysz o pracy, w której każda faktura – nawet na 5 zł – trafia na biurko prezesa, a Twoje pomysły mają szansę przetrwać nawet cały jeden dzień… to witaj w Delia Cosmetics. Miejsce z pozoru rodzinne, w praktyce bardziej przypominające teatr jednego aktora – z prezesem w roli scenarzysty, reżysera i kontrolera biletów.
Zalety? Jak się uprzesz, to znajdziesz. Ale najpierw rzeczy ważne:
• Onboarding? A co to takiego?
Nowi pracownicy mogą poczuć się jak na grze terenowej bez mapy – „szukaj wiedzy sam, może ktoś Ci coś powie, może nie”.
Dokumentacja? Nieaktualna albo nieistniejąca. Wiedza przekazywana ustnie, najlepiej przez przypadek. Czasem działa, czasem nie – zależy, kogo spotkasz na korytarzu.
• Decyzje? Tak, ale najpierw komitet, potem prezes, a potem... jeszcze raz prezes.
Firma udaje korporację, choć nią nie jest. Proste sprawy wymagają tylu podpisów, że nawet zakup długopisu potrafi trwać tydzień. I to tylko, jeśli nikt nie zmieni zdania po drodze.
• Urlop? Oczywiście! Wtedy, kiedy każe prezes.
Dwa tygodnie latem (bo przerwa produkcyjna) i kilka dni zimą (bo inwentaryzacja). Z własnej puli, oczywiście. Jeśli liczysz na elastyczność – pomyśl jeszcze raz.
• „Nie jesteśmy korporacją” – brzmi dumnie w ogłoszeniu.
W rzeczywistości to miejsce, gdzie każda próba inicjatywy może zostać uznana za sabotaż, a hierarchia jest święta. Chcesz zaproponować usprawnienie? Uważaj, żeby nie zostało odebrane jako „wprowadzanie zamętu”.
• Marketing? Jest. Samodzielność? Nie ma.
Dyrektor marketingu produktowego czuwa jak sokół nad każdym szczegółem – od koloru grafiki po przecinek w poście. Zatwierdzenia potrafią ciągnąć się tygodniami, ale winny jest zawsze ten, kto „się nie przypomniał”.
• Uprawnienia w IT? Dostaniesz. A potem ktoś je odbierze, bo tak.
Struktura organizacyjna to raczej ornament. Zdarzają się sytuacje, gdzie dostęp do systemów blokuje osoba, która nie jest Twoim przełożonym – a IT nie widzi w tym problemu. Najlepiej nie chorować – można wrócić i nie mieć nawet komputera.
• Zmienność decyzji – tu nie ma nudy!
Projekt zatwierdzony w poniedziałek może zostać unieważniony we wtorek, bo „prezes nie pamiętał, że się zgodził”. Planowanie? W tej firmie to sport ekstremalny.
• Atmosfera? Raczej jak w ministerstwie niż w rodzinnej firmie.
Oficjalnie: klimat rodzinny. W praktyce: dystans, formalizm, „umów się, jeśli chcesz porozmawiać z prezesem”.
• Specjaliści są. Kompetencje też. Ale co z tego?
Nawet jeśli jesteś ekspertem z doświadczeniem rynkowym – Twoje zdanie ma szansę zostać wysłuchane, o ile jesteś w „wewnętrznym kręgu”. Inaczej – przygotuj się na bycie słuchaczem, nie współtwórcą.
• Równość? Niby tak. Ale nie do końca.
Mężczyźni mają nieco większy dostęp do decydentów. Kobiety muszą się częściej „przypominać” – choć i tak nikt nie gwarantuje, że zostaną wysłuchane.
Podsumowując:
Delia to świetne miejsce, jeśli lubisz przewidywalne absurdy, żyjesz zgodnie z zasadą „rób, ale nie pytaj”, a Twoim marzeniem jest praca, w której każda decyzja przechodzi przez kilka szczebli – tylko po to, by finalnie zostać cofnięta. Inicjatywa? Nie dziękujemy. Niezależność? Tylko w teorii. Samodzielność? Tylko pozorna.
Jeśli chcesz się rozwijać, działać, wnosić wartość i być słuchanym – poszukaj innego miejsca. Chyba że masz wyjątkowy talent do czytania w myślach i lubisz zgadywać, co dziś obowiązuje.
Jest jednak promyk nadziei…
Pojawiła się nowa dyrektorka marketingu i strategii – osoba, którą naprawdę widać, że chce coś zmienić. Ma energię, pomysły i sensowną wizję. Pytanie tylko, czy system pozwoli jej działać, zanim przesiąknie tutejszym stylem zarządzania („deliozą”), czyli pasywno-reaktywną stagnacją pod przykrywką kontroli.