Chciałbym z całego serca pogratulować kadrze zarządzającej tej firmy tak spektakularnego i wspaniałego sukcesu biznesowego. Niedawno wysłałem do nich oficjalną propozycję współpracy na naprawdę dużą skalę, angażującą poważnego klienta z Hiszpanii, który akurat potrzebuje dostawcy kołpaków do całej swojej sieci. Perspektywy długofalowe, prestiż międzynarodowy – wydawałoby się, że dla każdej normalnie rozwijającej się firmy to partnerstwo marzeń. Niestety, odpowiedź nie nadeszła. Cisza. Absolutne, głuche milczenie.
Początkowo myślałem, że może mail wpadł do spamu, albo że asystentka prezesa zalała klawiaturę kawą. Potem jednak doznałem olśnienia. Przecież tutaj zarządzający po prostu pękają w szwach od nadmiaru sukcesu! Widocznie ta dotknięta klęską urodzaju firma ma już tak absurdalnie wielu klientów we wszystkich krajach świata i tak gigantyczne zyski, że kolejny duży kontrakt z zagranicy to dla nich jedynie zbędny kłopot i uciążliwy hałas.
Trzeba mieć nie lada fantazję i niespotykany rozmach, żeby tak widowiskowo ignorować poważnych graczy rynkowych. Wyraźnie widać, że tutejsza góra przebiera wśród klientów jak w ulęgałkach. „Ten z Hiszpanii? Eeee, za daleko, za dużo hiszpańskiego temperamentu, dajmy sobie spokój. Poczekajmy na kogoś z Gibraltaru”. Prawdziwi koneserzy biznesu! Pieniądze widocznie same pchają im się drzwiami i oknami, skoro mogą sobie pozwolić na luksus ostentacyjnego olewania propozycji współpracy.
Życzę dalszego, tak spektakularnego „wybrzydzania”. Z takim podejściem do budowania relacji i nowatorską „strategią milczenia” wróżę Wam świetlaną przyszłość – niedługo nikt już nie będzie Wam zawracał głowy żadnymi ofertami. Hiszpański klient oczywiście dziękuje za tę lekcję pokory i idzie wydać swoje euro tam, gdzie ludzie potrafią chociaż odpisać na maila. Salud!