Była uczennica21.09.2019 23:17
Inne
Jestem absolwentką omawianej placówki. Ukończyłam ją kiedy była jeszcze gimnazjum nr 72. Mój rocznik uważano za pewnego rodzaju wyjątkowy - 2000 i z pewnością taki był. Ale wcale nie w znaczeniu pozytywnym. Trafiłam do tego miejsca później niż moi klasowi koledzy. Z pewnych przyczyn musiałam zmienić szkołę i naukę w Dobrowolskim rozpoczęłam dopiero od drugiej klasy. Już pierwszego dnia zauważyłam, że coś jest nie tak. Moja klasa była bardzo zamknięta na nowe osoby i wyglądała jakby wydarzyło się coś poważnego, a w dodatku zmieniała wychowawcę. Szybko okazało się, że powodem takiej sytuacji są wydarzenia z poprzedniego roku - klasa miała założoną sprawę w sądzie z powodu pobicia (a przynajmniej spora część jej uczniów). Co więcej doszło do niego na terenie powyższej placówki. Już samo to daje do myślenia, ale to były same początki. Wychowawczyni, która otrzymała naszą klasę była akurat osobą bardzo porządną - jedna z najlepszych nauczycielek z jaką przyszło mi mieć do czynienia (niestety z tego co wiem nie pracuje już w tej szkole), ale nawet ona nie była w stanie sama nad wszystkim zapanować. Pierwsze problemy pojawiły się już po kilku tygodniach od rozpoczęcia roku.
Ze względu na wrodzoną wadę dość mocno wyróżniam się wyglądem, co nie umknęło uwadze uczniów. Popis nietolerancji był bardzo efektowny - byłam terroryzowana na lekcjach i przerwach, prawie cała szkoła się ze mnie wyśmiewała, nie miałam żadnych przyjaciół. Na całe grono pedagogiczne, tylko moja wychowawczyni zwróciła na to uwagę (i na szczęście zażegnała problem). Nie był to jednak koniec. Złych wspomnień z tego miejsca mam bardzo wiele, ale dwa szczególnie pozostają mi w pamięci. Zawsze miałam dość duży problem z kordynacją (było to spowodowane wyżej omawianą wadą), przez co często ulegałam mniej lub bardziej poważnym wypadkom. Pewnego razu poważnie skręciłam kostkę na w-fie. Nauczycielka nawet nie zwróciła na mnie uwagi. Leżałam zapłakana na podłodze, a ona po prostu wyszła razem z klasą, zostawiając mnie w hali samej sobie. Przejście do hali sportowej w szkole znajduje się podziemiach. Czołgałam się więc po podłodze przez całą szatnię, po schodach na wyższe piętro, a na koniec przez korytarz na parterze. Było to niczym scena z filmu grozy. Gabinet pielęgniarki, jeśli była już ona obecna w szkole, miał pozostawiane otwarte drzwi. Tak było i tym razem. Jego właścicielka jest jednak kobietą, która z powodu swojej tuszy ledwie się porusza, a w dodatku los uczniów jej nie interesuje. Widząc więc moje rozpaczliwe zmagania, nie zrobiła absolutnie nic, tylko obserwowała jak na łokciach i kolanie pokonuję schody prowadzące do gabinetu.
Inna niedopuszczalna sytuacja miała miejsce na zajęciach z biologii. Nauczycielka tego przedmiotu miała w zwyczaju odpytywać z tematów omawianych na poprzedniej lekcji. Program drugiej klasy obejmował wówczas narządy płciowe. Wiadomo, iż jest to temat, do którego trzeba podejść z należytą starannością i delikatnością ze względu na młodocianych odbiorców. Nauczycielka miała jednak inne plany. Bardzo podkreślała to, jak wstydliwy temat omawiamy, przez co zaczynaliśmy się z nim czuć naprawdę niekomfortowo. Pech chciał, że akurat w tamtym czasie zdarzyło mi się rozmawiać na lekcji i postanowiono mnie za to ukarać. Nauczycielka postawiła mnie na środku sali i kazała opisywać poszczególne narządy i ich funkcje przed wszystkimi. Byłam wyśmiewana przez kolegów, a ona tylko zachęcała ich do kontynuowania tego działania. Z premedytacją mnie upokarzała, czym w końcu doprowadziła mnie do płaczu, a na koniec postawiła jedynkę.
To tylko kilka z dramatycznych historii dotyczących tego miejsca. Obrazują jednak jego "specyficzny charakter". Nie mówię, że szkoła ta nie dała mi nic dobrego. To właśnie w niej poznałam mojego obecnego chłopaka, wciąż urzymuję kontakt ze wspaniałą wychowawczynią, nauczyłam się jak nie postępować w życiu, a nawet (co ciekawe w odniesieniu do ostatniej historii) dziś zajmuję się kwestiami seksuologicznymi na studiach i wiążę z nimi karierę. Nigdy jednak nie naraziłabym swojego dziecka na sytuacje jakie miały tam miejsce. Nie jest to kwestia nazwy placówki, czy wieku jej uczniów, nie ma znaczenia czy jest to gimnazjum, czy szkoła podstawowa. Problem leży w nauczycielach i ich metodach, a te z tego co wiem pozostają niezmienione.