To, co wydarzyło się w ostatnim czasie, trudno nazwać sprawiedliwym czy moralnym. Zwolnienia przeprowadzone o 4 rano, w sposób nagły, bez żadnego wcześniejszego uprzedzenia czy rozmowy, były dla wielu szokiem. Zostaliśmy potraktowani bez godności – jakby nikt nie czuł się zobowiązany do wyjaśnień, wdzięczności za wykonaną pracę ani choćby ludzkiej rozmowy. Co gorsza, po przekazaniu informacji o zwolnieniu nie mogliśmy nawet wrócić na swoje stanowisko pracy, mimo że do końca zmiany zostało jeszcze sporo czasu. Zostaliśmy po prostu odsunięci, jakbyśmy z dnia na dzień przestali mieć jakąkolwiek wartość.
Jeszcze bardziej boli fakt, że już od dłuższego czasu w pracy panowało nierówne traktowanie. Brygadzista – zamiast dbać o sprawiedliwy podział obowiązków – faworyzował wybranych pracowników, zlecając im lżejsze, mniej obciążające zadania. Inni, często równie doświadczeni i zaangażowani, regularnie otrzymywali najcięższą pracę. Decyzje o tym, kto co robi, nie miały związku z umiejętnościami czy zaangażowaniem – liczyły się układy, osobiste sympatie albo wygoda przełożonego. To prowadziło do frustracji, przemęczenia i poczucia niesprawiedliwości.
Zamiast tworzyć zespół oparty na wzajemnym szacunku i współpracy, zbudowano atmosferę nierówności i ukrytej rywalizacji. Wszyscy widzieli, kto ma „lekką zmianę”, a kto zawsze zostaje z najcięższym odcinkiem. A kiedy nadszedł trudny moment – zamiast uczciwego podejścia i godnego zakończenia współpracy – zostaliśmy potraktowani jak przedmioty, których można się pozbyć w środku nocy.
Takie działania nie tylko niszczą zaufanie do przełożonych, ale pozostawiają trwały ślad w psychice ludzi, którzy po prostu chcieli uczciwie pracować. Bo każdy zasługuje na sprawiedliwe traktowanie, jasną komunikację i elementarny szacunek – zarówno na co dzień, jak i wtedy, gdy trzeba podjąć trudne decyzje. A tego niestety zabrakło.