Odrzucony przez sąsiadów, wyklęty przez żonę na ich własnej rocznicy, Michał musiał gdzieś dać upust swojej tytanicznej frustracji. Pełnił funkcję kierownika regionalnego w dużej firmie telekomunikacyjnej. To tam stawał się Napoleonem światłowodów i dyktatorem stacji bazowych.
W pracy kontrolował pracowników z patologiczną precyzją. Używał suwmiarki do mierzenia, czy kable w studzienkach telekomunikacyjnych są ułożone co do milimetra. Wyposażył się w stoper, którym odmierzał czas przerw toaletowych monterów pracujących w terenie – jeśli ktoś przekroczył 3 minuty i 15 sekund, Michał potrącał mu z premii.
Jego specjalnością były jednak niezapowiedziane kontrole w terenie. Michał uwielbiał kamuflaż. Kupował w sklepach myśliwskich stroje maskujące i potrafił przez cztery godziny leżeć w szybie wentylacyjnym na dachu, żeby przyłapać instalatorów na tym, że zamiast spawać światłowody, rozmawiają o meczu. Kiedyś przebrał się za uliczną szafę krosowniczą – wyciął dziury na oczy w dużym, szarym kartonie i powoli przysuwał się do techników wieszających kable na słupie. Zdemaskował go dopiero bezpański pies, który postanowił obsikać jego "przebranie".
Kulminacja kuriozum nastąpiła dokładnie w dniu jego rocznicy ślubu. O godzinie 19:00, gdy Mariola i jej wysocy znajomi pili szampana w sali bankietowej „Pod Złotym Łabędziem”, Michał postanowił przeprowadzić nocną kontrolę ekipy montującej nowy nadajnik 5G na dachu.
Żeby mieć lepszy punkt obserwacyjny (i w końcu móc patrzeć na kogoś z góry), postanowił wspiąć się na dach niskiego pawilonu handlowego, który znajdował się tuż obok sali bankietowej. Ubrany w pełny strój komandosa z demobilu, wyposażył się w noktowizor i lornetkę.
Wspiął się na dach po rynnie, sapiąc jak stary mops. Kiedy stanął na szczycie, odkrył coś przerażającego. Właściciel pawilonu (który przypadkiem mieszkał na tym samym osiedlu co Michał) zamontował na dachu dokładnie te same PANELE FOTOWOLTAICZNE, których Pypeć tak nienawidził!
Michała zalała krew. Wpadł w szał. Zaczął tupać swoimi małymi nóżkami i kopać w konstrukcję. W tym amoku nie zauważył, że dach pawilonu był spadzisty, a na panelach osiadła wieczorna rosa.
Jego taktyczny but wojskowy poślizgnął się na gładkim szkle. Michał Pypeć, z prędkością małego, wściekłego pocisku balistycznego, zjechał po panelach fotowoltaicznych jak po zjeżdżalni w aquaparku. Przeleciał przez krawędź dachu, przebił się przez ozdobną, papierową markizę sąsiedniego budynku i z potężnym hukiem wpadł przez otwarte okno prosto do sali bankietowej „Pod Złotym Łabędziem”.
Wylądował idealnie, twarzą w dół, na samym środku trójpiętrowego tortu rocznicowego z napisem „MARIOLA – 10 LAT WOLNOŚCI (mentalnej)”.
Muzyka ucichła. Trzydzieści par wysokich, dobrze zbudowanych znajomych Marioli spojrzało w szoku na stół, na którym leżał mały człowieczek w stroju snajpera, cały umazany truskawkowym kremem i bitą śmietaną, z noktowizorem na czole.
Mariola, nie tracąc zimnej krwi, podeszła do stołu z kieliszkiem prosecco w dłoni. Spojrzała na męża z absolutnym politowaniem.
– Mówiłam ci, Michale – westchnęła ciężko do mikrofonu, który trzymał didżej. – Ty zawsze musisz popsuć zdjęcia.
Po czym wzięła duży obrus z sąsiedniego stołu i po prostu przykryła nim szamoczącego się w torcie Michała.
– Grać dalej! – krzyknęła do didżeja. – To tylko dostawca z cateringu, zaraz go posprzątają!
Pod obrusem, jedząc wściekle biszkopt z kremem, Michał Pypeć obiecał sobie jedno: jutro technicy w terenie będą musieli liczyć żyły w kablach światłowodowych. Każdej z osobna, pod mikroskopem.