Praca w tym hotelu była jednym z najbardziej wyczerpujących i frustrujących doświadczeń zawodowych, jakie miałam. Zakres obowiązków był absurdalny i całkowicie nieadekwatny do wynagrodzenia. Od pracowników oczekiwano wykonywania pracy za kilka osób jednocześnie, a wszystko odbywało się pod ciągłą presją i w atmosferze wiecznego niezadowolenia ze strony kierownictwa.
Hotel liczący 100 pokoi, a na zmianie gastronomicznej często jedna osoba obsługiwała jednocześnie restaurację, bar i room service. Ta sama osoba przyjmowała zamówienia, przygotowywała napoje, obsługiwała gości na sali, dostarczała room service i jeszcze biegała do kuchni znajdującej się poziom niżej po gotowe dania. Nie było mowy o spokojnej pracy – przez całą zmianę człowiek dosłownie biegał, próbując ogarnąć kilka stanowisk naraz. Kiedy coś nie było zrobione na czas, winny był oczywiście pracownik, a nie tragiczne braki kadrowe. Wiele razy polały się łzy z braku sił.
Największą filozofią tej firmy było oszczędzanie na ludziach. Zatrudnienie odpowiedniej liczby pracowników najwyraźniej było zbyt dużym wydatkiem, więc obowiązki dokładano tym, którzy już ledwo dawali radę. Liczyło się tylko to, żeby grafik był jak najtańszy, nieważne kosztem czyjego zdrowia i psychiki.
Atmosfera była fatalna. Od kadry zarządzającej można było odnieść wrażenie, że pracownicy liniowi są traktowani jak ktoś gorszy. Zamiast wsparcia i normalnej komunikacji dominowały pretensje, krytyka i szukanie najmniejszych powodów do zwrócenia uwagi.
Najgorszym elementem tej pracy była jednak Multi Property Manager. Potrafiła wprowadzić stres i nerwową atmosferę wszędzie, gdzie się pojawiła. Czepiała się dosłownie wszystkiego – nawet najmniejszych, kompletnie nieistotnych szczegółów. Zamiast rozwiązywać realne problemy, takie jak dramatyczne braki kadrowe czy przeciążenie pracowników, skupiała się na rzeczach, które nie miały żadnego wpływu na funkcjonowanie hotelu. Do dziś pamiętam polecenie segregowania cukierków na welcome corner – te ze „smutnymi minkami” miały zostać odłożone, bo nie pasowały do estetyki. Brzmi absurdalnie, ale pokazuje, jakie były priorytety. Wystarczyło, że pojawiała się w pracy, a wszyscy od razu chodzili zestresowani. Zamiast motywować zespół, wprowadzała panikę, zamęt i sprawiała, że każdy bał się, o co tym razem zostanie skrytykowany.
Managerka F&B również nie potrafiła zadbać o zespół. Zamiast walczyć o większą obsadę i poprawę organizacji pracy, akceptowała sytuację, w której jedna osoba wykonywała obowiązki kilku pracowników. Presja była codziennością, a wsparcie praktycznie nie istniało.
Nawet na obiadach pracowniczych było widać, gdzie firma szuka oszczędności. Jedzenie często pozostawiało wiele do życzenia, zdarzało się, że nie było świeże i sprawiało wrażenie przygotowanego po najniższych możliwych kosztach.
Podsumowując – jeśli ktoś chce pracować w miejscu, gdzie jest odpowiednia liczba pracowników, szacunek do ludzi i normalne zarządzanie, powinien omijać ten hotel szerokim łukiem. Tutaj liczy się przede wszystkim cięcie kosztów, dokładanie obowiązków i wymaganie niemożliwego. Dla mnie była to lekcja, jak nie powinno wyglądać zarządzanie ludźmi.