Zainteresowałem się Fordem Focusem wystawionym przez AUTO-AREK. Przed przyjazdem zadzwoniłem i zapytałem wprost o dwie rzeczy: czy samochód faktycznie nie ma szkód oraz czy w przypadku zainteresowania będzie można pojechać z nim na niezależny warsztat. Przez telefon wszystko ładnie opowiadane, uprzejmie z uśmiechem. Samochód jest bez żadnych szkód, przyjechać można z własnym mechanikiem i ze sprawdzeniem auta na warsztacie problemu nie będzie.
W poniedziałek ponownie zadzwoniłem, żeby potwierdzić, czy samochód nadal jest dostępny. Powiedziałem, że następnego dnia przyjadę około południa. Sprzedający potwierdził, że samochód jest dostępny i śmiało można przyjechać.
Następnego dnia przejechałem około 350 km w jedną stronę. Około czterech godzin jazdy, cały dzień poświęcony na wyjazd i około 250 zł kosztów podróży. Jechałem obejrzeć samochód, który według zapewnień sprzedającego miał być bezwypadkowy i możliwy do normalnego sprawdzenia przed zakupem.
Na miejscu ponownie pytam o możliwość podjechania na warsztat. I nagle okazuje się, że jednak trzeba było wcześniej się umówić, bo sprzedający jest sam i nie ma jak tego zorganizować. Bo jakby moje wcześniejsze telefony nie były zrozumiałe dla handlarza. Przez telefon „żaden problem”, po przejechaniu 350 km — „trzeba było się wcześniej umówić”.
Oglądam samochód dokładniej.
Podczas oględzin zauważyłem wyraźne ślady uszkodzenia i naprawy/ingerencji w tylny zderzak. Nie mówię tutaj o jakiejś niewidocznej mikrorysie. Widać konkretne ślady na elemencie, który według opisu samochodu miał być w stanie wzorowym.
Zadałem sprzedającemu proste pytanie:
Co było robione z tylnym zderzakiem?
I wtedy nastąpił kompletny zwrot.
Zamiast normalnej odpowiedzi sprzedający zaczął się awanturować, że „czepiam się rys”. Następnie padło skierowane do mnie, pogardliwe „gdzie Was sieją?”.
To jest wyjątkowo chamski i obraźliwy sposób odnoszenia się do potencjalnego klienta, który właśnie przejechał 350 km, żeby obejrzeć oferowany przez niego samochód. Szczególnie w sytuacji, w której klient nie robi awantury, nie żąda rabatu i nie wymyśla problemów, tylko pyta o widoczny element samochodu.
A pytanie było tym bardziej zasadne, że w ogłoszeniu samochód został opisany słowami:
„100% bezwypadkowy”,
„PISEMNA GWARANCJA BEZWYPADKOWOŚCI!”,
„lakier również bardzo zadbany utrzymany wzorowo bez otarć parkingowych i zniszczeń”.
Czyli sprzedający sam buduje ofertę na przekazie, że samochód jest bezwypadkowy, wzorowo zadbany i pozbawiony otarć oraz zniszczeń.
Tymczasem kiedy klient na miejscu zauważa coś, co wymaga wyjaśnienia, odpowiedzią nie jest wyjaśnienie, tylko awantura, obraźliwe odzywki i zarzucanie klientowi „czepiania się rys”.
Najlepsze przyszło na końcu. Sprzedający, zamiast wyjaśnić, co było robione ze zderzakiem, zaczął krzyczeć, że oferta jest już nieaktualna, samochód jest sprzedany i uciekł do biura.
Całe oglądanie trwało może kilka minut.
700 km podróży, cztery godziny jazdy w jedną stronę i cały dzień stracony po to, żeby po zadaniu jednego niewygodnego pytania zostać potraktowanym w taki sposób.
To pokazuje ogromną różnicę między rozmową telefoniczną a rzeczywistym kontaktem na miejscu.
Przez telefon:
bezproblemowy warsztat, bezwypadkowy samochód, wszystko w porządku.
Na miejscu:
warsztat jednak wymaga wcześniejszego umówienia, pytanie o widoczne ślady na zderzaku jest „czepianiem się rys”, klient słyszy „gdzie Was sieją?”, a chwilę później samochód magicznie staje się „sprzedany”.
Po takim potraktowaniu klienta zdecydowanie odradzam tracenie czasu na człowieka, któremu wyraźnie brakuje kultury, szacunku do klienta i zwykłych zasad handlowych.