Stracone 10 500 zł dla pana mecenasa Chojniaka za pomoc, której nie otrzymałam – jedna rozmowa online, niespełna 7 minut
Pod koniec października zwróciłam się do pana mecenasa, ponieważ potrzebowałam pomocy w sprawach, w których zostałam fałszywie oskarżona i pomówiona, a cały proces przeprowadzono fikcyjnie, bez żadnej możliwości skutecznej obrony. Bałam się o swoje życie z powodu zaszczucia i tak wielkiej ilości przestępstw popełnionych na mojej osobie. Chciałam zrobić wszystko, co tylko było możliwe. Byłam gotowa zapłacić panu mecenasowi każdą kwotę, aby w jego obecności nagrać moje zeznania, w obojętnie jaki sposób, tak abym wreszcie mogła przedstawić prawdę i zabezpieczyć swoje zeznania.
Miałam bardzo dobre wyobrażenie o panu mecenasie z programów telewizyjnych, szczególnie z jego pracy przy sprawie „Skóry”. Skoro w tak poważnej sprawie potrafił wychwycić z akt drobne, ale istotne szczegóły, które przyczyniły się do uniewinnienia człowieka już wcześniej skazanego za morderstwo, sądziłam, że jest osobą o wielkim sercu i szczególnej empatii. Pomyślałam więc, że będzie właściwą osobą, aby mi pomóc, tym bardziej że miałam ogromną ilość dowodów na mnóstwo nadużyć. Liczyłam też na to, że jako adwokat niezwiązany z prokuraturą w Gdyni będzie mógł spojrzeć na moje sprawy niezależnie.
Były to stare zlecenia, wcześniej nadzorowane przez prokuratora Ziobrę dla kumpla z Gdyni. W sprawie było mnóstwo nadużyć: fikcja terminów, fałszowanie akt, niszczenie moich zaświadczeń lekarskich dotyczących wieloletniej depresji z powodu mojego oprawcy i usprawiedliwień oraz sfałszowano za moimi plecami opinię, która miała odebrać mi wiarygodność, wiarygodność moich zeznań i siłę do walki, tak abym nie miała już siły dochodzić swoich roszczeń przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu ani doprowadzić do postawienia przed sądem osób odpowiedzialnych za ten fikcyjny proces. Na te fakty mam dowody.
Od 35 lat mieszkam poza Polską, w Niemczech. Mimo to w Polsce przypisywano mi jakieś SMS-y z pogróżkami dla mojego oprawcy, których nie byłam autorem. Wszystko to miało mnie tak przestraszyć, żebym nie przyjechała do Polski, tak aby przedawniły się sprawy dotyczące molestowania, gwałtu i pedofilii. Przez wszystkie te lata nie miałam możliwości zeznawania w tych sprawach.
Chciałam przede wszystkim móc złożyć swoje zeznania w obecności adwokata. Byłam gotowa spotkać się z panem mecenasem tam, gdzie byłoby mu wygodnie.
4 listopada odbyła się opłacona przeze mnie konferencja online. Spodziewałam się rozmowy trwającej przynajmniej około 40 minut, a być może godzinę. Na początku pojawiły się problemy techniczne – widziałam i słyszałam pana mecenasa, natomiast początkowo niby mnie nie widziano i nie słyszano. Później było mnie już słychać, ale nadal twierdził, że mnie nie widzi. Miałam nowy komputer, a mój syn prawidłowo wszystko podłączył.
Pan mecenas był bardzo zdenerwowany i prowadził rozmowę bardzo agresywnym tonem. Ja byłam wzruszona sytuacją, w której się znalazłam, a pod wpływem jego zdenerwowania i tego, że mi przerywał, byłam o krok od płaczu, niemal pełna łez.
Pan mecenas przerwał mi już po drugim zdaniu. Nie pozwalał mi dokończyć wypowiedzi i wielokrotnie pytał o numer akt sprawy.
Po niespełna siedmiu minutach rozmowy powiedział między innymi:
„Chyba chce pani, żebym pani szybko pomógł, szybko dać numer tych akt? Ja tam dzwonię do Gdyni, będziemy w kontakcie. Ja chyba chcę pani pomóc. Chce pani? Co pani w ogóle ode mnie chce?”
Odpowiedziałam, że chcę, aby został moim pełnomocnikiem i pomógł mi zakończyć bezprawie prowadzone przeciwko mnie w Polsce.
Pan mecenas powiedział, żebym szybko podała numer akt, że będziemy w kontakcie i że jeśli będzie potrzeba, będzie do mnie dzwonił. Dlatego zaczęłam później pisać do niego wiadomości i e-maile, żeby znał całą sytuację i wiedział, co się dzieje.
Nie pasowało to zupełnie do obrazu pana Chojniaka, jaki znałam z telewizji – osoby przedstawianej jako bardzo empatyczna. Długo nikt mnie tak nie potraktował i nikt swoim tonem nie doprowadził mnie do łez.
Przez około pół roku byłam przekonana, że pan mecenas prowadzi moje sprawy, podjął się tego, o co go prosiłam, a sprawy są już na zaawansowanym poziomie. Telefonicznie otrzymałam również od sekretariatu informację, że pan mecenas zajmuje się moimi sprawami.
W tym czasie pisałam do niego kolejne e-maile, przedstawiałam szczegóły sprawy i prosiłam o przygotowanie ważnych pism, odwołań i podjęcie innych działań. Pytałam również o możliwość przeprowadzenia wariografów wobec osób, które mnie pomawiały.
W międzyczasie, jeszcze na długo przed świętami Bożego Narodzenia, pod naciskiem mojego męża doszłam do wniosku, że skoro zleciłam panu mecenasowi tak wiele – kilka pism, zapoznanie się z aktami, przygotowanie odwołań i inne działania – a nie mówił nic o pieniądzach, dobrym gestem z mojej strony będzie przesłanie zaliczki. Wysłałam więc, w przeliczeniu na polskie złote, 10 000 zł, z wyraźną informacją, że jest to zaliczka na