Doświadczenie z Marioinex zebrane przez naprawdę długi czas, a nie pół roku – i wystarczy. Ta opinia jest dla osób, które chcą znać prawdę, a nie tylko marketingowe ogłoszenia. Pewnie wszyscy zbiorą się przy jednym monitorze i będą zgadywać autora. Haha, nieistotne. Prawda jest ważna.
Marioinex to mała firma, ale zarząd próbuje budować struktury jak w kulawej korporacji: zero procedur, wszytko na gębę, tytuły, „działy", postanowienia na kolanie, za zamkniętymi drzwiami, ktoś decyduje za Ciebie, nawet jeśli to dotyczy Ciebie – przy skali, gdzie większość ról to pojedyncze osoby. Realnie można mówić tylko o sprzedaży i marketingu, reszta to zlepki obowiązków bez jasnych granic. Efekt to przerost formy nad treścią i codzienny chaos.
Kwestia finansów: nie ma co liczyć na 7000 zł netto. Kobita z recepcji będzie zarabiać więcej od Ciebie, bo pracuje tam przez pół swojego zycia. Realne stawki dla grafików to maksymalnie 5500 zł netto. Nawet jeśli uda się wynegocjować 6000–6500 zł, to od razu staje się to problemem dla zarządu. Nawet ta "śmieszna kierowniczka grafiki, zarabia bodajże 5500. Wymagania rosną nieproporcjonalnie, a pracownik słyszy, że jest tylko „kosztem". Zdarzały się sytuacje, gdzie dawano podwyżkę tylko po to, by chwilę później zwolnić człowieka (moich kolegów, w domyśle), bo nagle „za dużo kosztuje". Szefostwo zarządza budżetem bez wyobraźni i strategicznego pojęcia.
Największy absurd: kluczowe decyzje projektowe podejmuje księgowość. Projekty, marketing i strategia produktowa są dyktowane przez priorytety finansowe, a nie logikę biznesową. Efekt? Ciągłe zmiany kierunku, porzucane projekty, niszczenie wypracowanych rozwiązań. Zarządzanie to największy problem. Kadra nie ma doświadczenia w prowadzeniu zespołów – widać, że nauka trwa, ale w praktyce wygląda to jak „zabawa w firmę", nie dojrzały biznes.
Dominuje strach, nieufność i paranoja. Praca zdalna traktowana jak dowód, że nic się nie robi – zamiast rozliczać z efektów, kontrola każdego ruchu i patrzenie na ręce. Szef wiecznie kręci nosem, dając odczuć, że pracownik to obciążenie finansowe, a nie inwestycja.
Skutki takiego zarządzania są poważne: jedna osoba wylądowała w szpitalu, inna na zwolnieniu psychiatrycznym, bo ciężko zachować zdrowie w takim chaosie i presji. Do tego dochodzi brak stabilizacji – co roku, pod koniec roku, zamiast spokoju jest stres i zastanawianie się, czy będzie praca, bo nagle pojawiają się propozycje przejścia na 1/2 lub 3/4 etatu.
Najbardziej szkoda ludzi. Pracowali tu świetni graficy, geniusz od opakowań, fantastyczni specjaliści od grafiki 3D, entuzjaści zabawek i klocków – a potem przyszła osoba, która rozbiła zespół swoim stylem zarządzania. Zamiast budować – gaszenie pożarów i kontrolowanie „kto z kim rozmawia".
Dla osób szukających normalnego środowiska z zaufaniem i sensowną decyzyjnością – warto to wiedzieć przed podjęciem decyzji.
Także... To tyle. Powodzenia!