Nie wiedziałam, że tego dnia moje życie się zmieni… Przychodząc do pracy tego dnia, nie podejrzewałam absolutnie niczego. Zwykły dzień, zwykła praca, zwykłe obowiązki. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Nie wiedziałam jeszcze, że za kilka godzin będę biegła ulicą w deszczu. Ale zacznijmy od początku. Jak każdego dnia wykonywałam swoje obowiązki(usunięte przez administratora) Nie był to pierwszy raz, ale tym razem było jakoś inaczej niż do tej pory. I tutaj nastąpił moment, w którym człowiekowi w głowie pojawia się charakterystyczne: „Czy ja naprawdę tego słucham?”. Tak, słuchałam. Stałam tam i próbowałam zrozumieć, jak zwykły dzień w pracy zamienił się właśnie w scenę rodem z brazylijskiej telenoweli emitowanej o 16:30. Brakowało tylko muzyki w tle, najlepiej tej z „Klanu” – „Życie, życie jest nowelą…”. I wtedy coś we mnie pękło. Wyszłam. A właściwie wybiegłam. Drzwi zamknęły się za mną, a ja znalazłam się na zewnątrz. I oczywiście padał deszcz. Bo przecież gdy człowiek ucieka z pracy po awanturze, to nie może być piękna, słoneczna pogoda. Biegłam. Deszcz padał. Biegłam dalej. Serce waliło, oddech robił się coraz cięższy, ale biegłam. W pewnym momencie zabrakło mi tchu i pomyślałam: „Może jednak umrę po drodze”. Ale nie. Los miał dla mnie inny scenariusz. Dobiegłam do Państwowej Inspekcji Pracy. Tak, prosto z tej pracy. W deszczu. Zdyszana. I z historią, którą można by spokojnie sprzedać producentom południowoamerykańskich seriali. I wiecie co? Do dziś uważam, że najbardziej ironiczne w całej tej historii jest to, że pracowałam w zakładzie pogrzebowym, a ostatecznie to moja cierpliwość została tam pochowana. Nie będę tutaj wystawiać elaboratu o wszystkim, co mi się nie podobało. Napiszę tylko jedno: szacunek do pracownika powinien być podstawą każdej pracy.(usunięte przez administratora) nie powinny być elementem żadnego miejsca pracy. Nikomu nie polecam takiej atmosfery, chyba że ktoś naprawdę chce skończyć na psychotropach.