Radzę unikać. Przez niemal cały okres mojego zatrudnienia nie pracowałem na stanowisku, które widniało na umowie. Na rozmowie rekrutacyjnej usłyszałem o wielu wspaniałych projektach, z którymi miałem mieć do czynienia i o sporadycznych wyjazdach na delegacje. W rzeczywistości praca polegała na niemal codziennej ciężkiej pracy fizycznej poza siedzibą firmy. W dni, w których byłem w budynku firmy i tak wykonywałem głównie prace fizyczne, które jeszcze raz podkreślę, nie były związane z moim stanowiskiem. Przez nierealnie krótkie terminy narzucane przez szefostwo, pracownicy odczuwali ciągłą presję i byli obciążeni bardzo dużą ilością pracy. Nadgodziny były normą. Czasem zdarzało się również siedzenie od rana do późnej nocy. Dodam jeszcze, że sama praca do najbezpieczniejszych nie należała. Umowy były podpisywane z datą wsteczną z bardzo dużym opóźnieniem. Niekiedy kilkunastodniowym. Atmosfera sztucznie była kreowana na przyjacielską i rodzinną. Cały ten piękny obraz burzył się, gdy zaczynały gonić terminy albo wystąpiły jakieś komplikacje. Wtedy zarząd szukał winnych (nigdy u siebie) oraz zaczynała się nerwowa, stresująca atmosfera i nieprzyjemne teksty z strony szefostwa. Z plusów mogę wymienić płatne nadgodziny i wypłacanie pensji w terminie.